Tatry w Warszawie – III Bieg Morskie Oko

W sobotę 12.07.2014 r. brałam udział w swoich drugich w
życiu zawodach biegowych. Od biegu minął już ponad miesiąc (!), ale czasem już
tak bywa, że łatwiej wyjść pobiegać, niż usiąść na dłużej do komputera;)
Przynajmniej udaje mi się nie zaniedbywać strony na Facebooku;)

Wyżej wspomniane zawody odbywały się w znacznie bardziej
kameralnej atmosferze, niż w przypadku mojego debiutu.
Organizatorzy wyznaczyli limit uczestników wynoszący 700 miejsc, ale w
kategorii Open sklasyfikowane zostały 364 osoby. Na 5 km trasy składały się
dwie pętle po 2500 m.

Przyznaję się bez bicia, że na te zawody poszłam niewyspana, bo zarwałam
nockę. O ile dobrze pamiętam, to zajmowałam się zakładaniem tej strony;) I od
razu mogę powiedzieć, że to nie był dobry pomysł. Zarwanie nocki oczywiście, bo
co do kwestii zakładania bloga mam na razie za mało danych, żeby
się jednoznacznie wypowiedzieć;) Potrzebny jest czas na regenerację,
a wiadomo, że ten czas najlepiej jest „spożytkować” na sen właśnie.

Tym razem startował ze mną mój Brat nr 1, z którym biegam na co dzień, choć
jeszcze nie codziennie;) Ten sam, który kibicował mi podczas poprzedniego biegu
(a kibicował i nie biegał, bo nie jest kobietą, a to był babski bieg).

Na miejsce, czyli do warszawskiego Parku Morskie Oko (nie mylić z
Morskim Okiem w górach:)) przybyliśmy ok. godz. 11:00, bo choć sam
bieg rozpoczynał się o godz. 12:00, to poprzedzała go wspólna
rozgrzewka, w której chcieliśmy uczestniczyć. Przybyliśmy samochodem, jako że
nie udało się nam nigdzie znaleźć informacji na temat szatni/depozytu i
postanowiliśmy z auta uczynić nasz osobisty. Na miejscu okazało się, że depozyt
oczywiście jest. No, ale prawem nowicjusza jest nie
wiedzieć wszystkiego… Dodatkową zaletą posiadania samochodowego
depozytu była możliwość dotarcia na miejsce suchą stopą – rano padało, żeby
przestać na chwilę (tak do startu), a potem znowu zacząć padać w trakcie biegu.
Także bieg w deszczu mam już zaliczony…:)

 
To ja przed startem – kiedy byłam jeszcze sucha i nie całkiem różowa:)
 
Rozgrzewka była ok, choć muszę przyznać, że bardziej odpowiadała mi ta z
poprzedniej imprezy – w formie zumby. Może dlatego, że (nie wiedzieć czemu) nie
czułam się w jej trakcie jakbym była członkiem Klubu Paralityka;) Muszę
się wziąć solidnie za rozciąganie, bo na razie jestem sztywniakiem. A
może dlatego, że tamtą prowadziło dwóch Panów;), a tę jedna Pani – od
razu zaznaczam, że bardzo sympatyczna (Kasia? – niestety nie pamiętam dokładnie
imienia:().

 Tuż po przekroczeniu linii startu wiedziałam już że będzie ciężko.
Brat (w przeciwieństwie do mnie) czuł, że nogi go niosą. Pomachałam mu więc,
żeby biegł i nie oglądał się na mnie. Wcześniej niby umawialiśmy się, że
każdy biegnie swoim tempem, ale widać miał nadzieję, że się jednak ogarnę;)
Brat uzyskał czas 00:28:11, co jak na debiut startowy, zważywszy na nasze
zwykłe treningowe 40 min na 5 km, jest moim zdaniem nie lada wyczynem!

Start rozpoczął się dla mnie ciężko nie tylko ze względu na
zarwaną nockę, ale i niektórych zawodników (płci męskiej), którzy chyba
dopiero w momencie startu namyślili się, żeby bić w tych zawodach swoją
„życiówkę”. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś mnie wyprzedza (może,
wolno mu przecież), ale czy trzeba być przy tym brutalem i wyjeżdżać
wyprzedzanym osobom z bara, tudzież z kolana? Nie lepiej stanąć z przodu i od
razu mknąć jak gazela z równymi sobie a nie przeciskać się przez gąszcz
wolniejszych zawodników? Zaznaczam od razu, że z Bratem nie pchaliśmy się na
początek. W końcu trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Widać nie wszyscy
podchodzą do tego tak skrupulatnie jak my;) No dobra, bo wyjdzie że się
czepiam, ale taka mała refleksja mnie dopadła…

Wracam więc do relacji… Trasa wiodła parkowymi alejkami. Były momenty
kiedy mogłaby być lepiej oznakowana. W niektórych miejscach było też ślisko –
padało i zrobiło się błoto. To był mój pierwszy bieg w deszczu, ale myślę, że
deszcz (nie była to jednak ulewa) bardziej mi pasuje, niż przypiekanie przez
słońce na asfalcie (co miało miejsce w trakcie mojego pierwszego biegu).

Kiedy dobiegałam do linii mety po pierwszej pętli, finiszowali już zwycięzcy
biegu;) Druga pętla poszła lepiej, może dlatego że wiedziałam już co mnie czeka
na trasie. Pod koniec drugiej pętli do moich uszu dotarła piosenka „I
don’t care, I love it”. Dzięki niej udało mi się wykrzesać z siebie trochę
energii na mocniejszy finisz;). Bieg ukończyłam z czasem 00:30:43. I nawet nie
byłam ostatnia;P Zajęłam 314 miejsce, za mną przybiegło jeszcze 50 osób. Nie
wiem jakim cudem moje żółwie tempo zaprowadziło mnie do wyniku, do którego do
tej pory nie udało mi się zbliżyć;) Widać w biegu brali udział mocniejsi ode
mnie zawodnicy i próbując się do nich dostosować, mimo że byłam w biegowej
końcówce udało mi się osiągnąć dobry (przynajmniej dla mnie) wynik.
  

A to już po biegu – malinowo po całości i nieco mokro. Czas netto: 00:30:43, open 314/364, kobiety 112/144, K3 (30-39) 48/63


Za linią mety rozdawano medale i wodę, zbierano chipy. Zrobiłam jeszcze kilka zdjęć i wróciłam do domu.
 
Obowiązkowe selfie – z Bratem.
 

Tym razem mogłam Synkowi pochwalić się złotym medalem;)

I medal. Tym razem złoty 😉

PS. Zalegam jeszcze z relacją z XXIV. Biegu Powstania Warszawskiego, który
odbył się 26 lipca, tuż przed moim wyjazdem wakacyjnym, który po części
przyczynił się do opóźnienia w relacji. Muszę się jednak jakoś sprężyć, bo we
wrześniu, który zbliża się wielkimi krokami, trzy (!) kolejne starty. Poza tym,
o wiele łatwiej się relacjonuje kiedy emocje są jeszcze świeże i wszystko
się lepiej pamięta. Ale muszę w tym miejscu zaznaczyć, że relacja z tego biegu powstała
już 26 lipca, zaraz po Biegu Powstania Warszawskiego. Zarwałam dla niej kawałek
nocy, byłam z siebie mega zadowolona i co? Pstro – zachciało mi się zaczynać
relację z kolejnego biegu (w myśl zasady, że na bieżąco pisać łatwiej), tylko
nieopatrznie zrobiłam to przez aplikację w telefonie. I jakimś do tej pory nie
wiadomym mi sposobem, przywróciła mi się wersja robocza posta, która zawierała
jedynie wklejone zdjęcia. A sam post (opublikowany, na co mam dowód w postaci
zrzutu z ekranu) zamienił się w post-widmo i linkował do strony, która nie
istnieje. Tak się wtedy wkurzyłam, że odechciało mi się pisać relacji od początku.
I nowej też. Potem był 2 tygodniowy wyjazd, powrót i zderzenie z powyjazdową
rzeczywistością (czyt. stos rzeczy do prania) i tak jakoś nie mogłam się
zebrać, żeby pisać. Ale ważne, że treningów biegowych nie odpuszczam:) No i teraz posty przed opublikowaniem zapisuję w Wordzie;)
 

post-widmo 🙂