Wyzwanie „100 km w miesiąc” vol. 2

Za pierwszym razem się nie udało, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tego wyzwania po raz drugi. Tym razem nie zawiodłam. I na własnych nogach pokonałam 100 km w ciągu jednego miesiąca. W zasadzie to wyrobiłam się przed czasem 🙂

Ostatnio zorientowałam się, że nie napisałam nic na temat drugiego podejścia do swojego drugiego wyzwania. Tzn. napisałam na fb, ale nie tu. Pora więc nadrobić zaległości, bo wyzwanie zakończyłam już ponad 3 tygodnie temu!

Poprzednia nieudana próba pokonania 100 km biegiem w ciągu jednego miesiąca, o której pisałam tutaj, zakończyła się 05.10.2014, więc od razu 06.10 rozpoczęłam drugie podejście. No bo jak to? Tak po prostu odpuścić? Nie ma mowy! Gdy ktoś (lub coś) mi mówi, że nie dam rady, to jest to dla mnie najlepsza motywacja. Nie da się? A właśnie, że się da! Tylko patrz!

Najlepsza motywacja 🙂

Tym razem tak mi właśnie powiedziało pierwsze podejście do tego wyzwania. Gdy motywacja jest dobra, to i wyniki od razu lepsze. Koniec wyzwania przypadał na 05.11.2014 r. Setny kilometr przekroczyłam 04.11, czyli przed terminem 🙂

Dni biegowych było 14 (czyli wyszło 100 km w dwa tygodnie;)). W tym czasie trzy razy wzięłam udział w zawodach – dwa razy na dystansie 5 km i raz na dystansie 10 km. Dwa z nich odbyły się nawet jednego dnia 🙂 – czytaj tutaj.

  

 
    Kilka kadrów z mojego wyzwania
W trakcie wyzwania dorobiłam się też jednego czarnego paznokcia;)
 
A mój mini-blog na Facebooku zyskał 100 Fana 🙂
 100 km i 100 „lajków” 🙂

Co mi dało to wyzwanie? Przede wszystkim dodatkową motywację. Wiedziałam, że dam radę wybiegać te kilometry i nie chciałam zawieść samej siebie. Po całym dniu z dziećmi czasami naprawdę było ciężko wyjść pobiegać. Godzina 22:00, ciemno, już nie tak ciepło jak latem… Łatwiej byłoby na pewno zalec na kanapie przez telewizorem… Ale nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Bieganie to czas tylko dla mnie – okazja do pobycia samej ze sobą, ze swoimi myślami, do złapania oddechu, dystansu… Taki mały reset. No i jeszcze okazja do pogadania z Bratem nr 1, bo najczęściej biegam właśnie z nim.

To wyzwanie było kolejnym krokiem do zmiany stylu i trybu życia, jaką się zdecydowałam wprowadzić pół roku temu. Myślę, że na obecnym etapie nie potrzebuję już specjalnej zachęty, żeby wyjść pobiegać. Bieganie weszło mi w krew i gdy nie mogę wyjść pobiegać, to zwyczajnie czegoś mi brakuje. Uważam jednak, że stawianie sobie wyzwań pomaga nam się rozwijać. Stanowi też miłe urozmaicenie codziennych treningów. Dlatego zachęcam każdego początkującego biegacza do podjęcia podobnego wyzwania. Zwłaszcza, gdy ktoś ma kłopoty z utrzymaniem systematyczności treningów 😉

W trakcie wyzwania, tak „przy okazji”, zrealizowałam też 4 tygodnie z mojego planu treningowego do 10. Półmaratonu Warszawskiego. I to jest teraz moje największe wyzwanie 🙂

10. PZU Półmaraton Warszawski – witamy na liście startowej!
Twój numer startowy to: 1536

Pół roku za mną, czas na podsumowanie

Dokładnie pół roku temu, 19 maja, zaliczyłam swój pierwszy trening biegowy. Co się zmieniło przez ten czas?

W ciągu 6 miesięcy pokonałam biegiem (no dobra, początkowo także marszobiegiem;)) prawie 450 km. Wzięłam udział w 11 zawodach biegowych (na dystansie 5 km i 10 km), w którym ścigałam się sama ze sobą. Co zyskałam, co straciłam? Pora na mały bilans zysków i strat;)

 
Rekordy życiowe według Endomondo.

Zyski:
lepsza figura
lepsze samopoczucie
większa wiara w siebie
udowodnienie sobie (i innym), że można coś zmienić w życiu
większa świadomość własnego ciała
większa wiedza na temat zasad zdrowego odżywiania i częściowe (walka ze złymi nawykami ciągle trwa) wcielenie ich w życie

Straty:
5 kg (pożegnane bez żalu:))
jeden paznokieć

Moje wyniki sportowe:
Najszybszy kilometr: 00:03:25
Test Coopera (12 min): 2,43 km
Najlepszy wynik na 5 km (oficjalny): 00:29:03 uzyskany w I Biegu Instytutu Lotnictwa
Najlepszy wynik na 10 km (oficjalny): 01:01:17 uzyskany w XXVI Biegu Niepodległości
Najdłuższy przebyty (do tej pory:)) dystans: 13 km
Pierwszy start w zawodach: 29.06.2014 r. Samsung Irena Women’s Run, dystans 5 km

 

Podsumowując – było warto i na pewno nie przestanę biegać, bo bieganie weszło mi w krew. Żałuję tylko, że nie mogę mojej małej „rocznicy” uczcić biegająco. Niestety stan zdrowia jeszcze na to nie pozwala. Powoli dochodzę do siebie, nie chcę więc tego zepsuć, choć nie powiem, bardzo mnie korci żeby wyjść trochę pobiegać. Na razie musi jednak wystarczyć spacer:)

#Bieganie

Apteczka biegacza: Syrop z cebuli, syrop z czosnku

Jak powszechnie wiadomo, cebula to naturalne lekarstwo – zwalcza bakterie, wzmacnia odporność. Zawiera wiele cennych składników, m.in. witaminy A, B i C, kwas foliowy, wapń i żelazo.
Ponieważ męczy mnie wciąż infekcja i wcale nie zamierza się wynieść, postanowiłam ją wygonić i zabrałam się za produkcję naturalnych syropów – z cebuli i z czosnku. Syrop z cebuli wspomaga walkę z bólem gardła i kaszlem, a ten męczy mnie najbardziej. Czosnek to naturalny antybiotyk, a syrop z czosnku regularnie stosowany wspomaga nasz układ odpornościowy, łagodzi objawy przeziębienia i grypy.


Syrop z cebuli

Składniki:
– 2 duże cebule
– 2 czubate łyżki cukru

 

Jak zrobić?
Cebule drobno
posiekaj. Włóż do słoiczka i zasyp dwiema czubatymi łyżkami cukru. Zakręć słoik i
odstaw na kilka godzin. Kiedy cebula puści sok, przelej go przez gazę. Syrop jest gotowy do picia.

Dawkowanie:

Syrop z cebuli
można pić 2-3 razy dziennie po jednej łyżce.

 


Syrop z czosnku

Składniki:
– 2 główki czosnku, najlepiej polskiego, gdyż jest bardziej aromatyczny i działa efektywniej niż chiński
– sok z 3 cytryn
– 6 łyżek miodu
– 1 szklanka przegotowanej, zimnej wody

 
Jak zrobić?
Czosnek przeciśnij
przez praskę, dodaj miód, wodę i sok z cytryn. Wszystko wymieszaj.
Odstaw na 24 godziny, a następnie przecedź. Syrop jest gotowy do picia.
 
Dawkowanie
Aby wzmocnić odporność – 1 łyżka dziennie (dla dzieci – łyżeczka).
Aby pokonać przeziębienie – pić 1 łyżkę co 4 godziny (dzieci – łyżeczka).

Na zdrowie!:)

Przepisy pochodzą z serwisu www.ofeminin.pl



Bieg na Piątkę, czyli kiedyś przebiegnę ten maraton!

Przebiegnięcie maratonu to moje marzenie. Kiedyś zmierzę się z królewskim dystansem. Na razie wystarczą mi krótsze biegi, takie jak Bieg na Piątkę, towarzyszący Maratonowi Warszawskiemu. Przynajmniej w ten sposób mogłam poczuć się choć w części jak maratończyk.
 Niebieski numer, niebieska koszulka, niebieski izotonik,
czyli pakiet startowy Biegu na Piątkę.
 
W Biegu na Piątkę, który odbył się 28.09.2014 r. startowałam razem z Bratem nr 1. Umówiliśmy się na wspólny przejazd, najpierw autobusem do Dworca Zachodniego, a potem SKM-ką już na miejsce zawodów. Dla uczestników Biegu na Piątkę przejazdy komunikacją miejską były bezpłatne, co dodatkowo sprzyjało wyborowi tego właśnie sposobu transportu. No i odchodził problem z parkowaniem;)

Ładny ten bilet 😉

 

Już w autobusie spotkaliśmy osoby startujące tak w naszym biegu, jak i w biegu maratońskim (można było rozpoznać „swoich” po workach z pakietu startowego;)) Na dworcu, a potem w SKM-ce, było ich jeszcze więcej. Z pociągu na stacji Warszawa Stadion rozlał się prawdziwy tłum biegaczy, którzy niczym mrówki zmierzali w kierunku Stadionu.
 
Warszawa Stadion.
 
Stadion Narodowy.
 
 Stadion i ja.
  
Kiedy zostawiliśmy swoje rzeczy w depozycie, udaliśmy się na miejsce startu, czyli Most Poniatowskiego. Obawiałam się, że w trakcie biegu będzie mi zimno i koszulkę startową ubrałam na bluzkę z długim rękawem. Mieliśmy biec głównie przez Most i myślałam, że będzie wiało znad Wisły. Ponadto, start biegu był dość wcześnie (9:30), a to był już koniec września. W trakcie czekania na Dworcu Zachodnim na SKM-kę było mi trochę chłodno, zwłaszcza patrząc na maratończyków w krótkich spodenkach;) Jednak nie ma to jak doświadczenie…;) Jak się później okazało, w trakcie biegu było mi trochę za ciepło, tym bardziej że wyszło słońce.
Najpierw startowali maratończycy. Czekaliśmy więc chwilę na swoją kolej. W sam raz, żeby zrobić kilka zdjęć;)
 
Tuż przed startem.
 
Konferansjerem był Przemysław Babiarz. Pamiętam (może już nie dokładnie co do słowa) jego motywujące słowa skierowane do nas, biegnących na 5 km, na starcie: „Zapamiętajcie swoje tempo z tego biegu i za rok pobiegnijcie w takim samym tempie w biegu maratońskim. Rok solidnych przygotowań pozwoli Wam ukończyć maraton na przyzwoitym poziomie„. Myślę, że w moim przypadku to by było za wcześnie, ale miło było usłyszeć to z ust innego, bardziej doświadczonego biegacza.
 
W naszym biegu brał udział Yared Shegumo, zdobywca srebrnego medalu dla Polski w biegu maratońskim na tegorocznych lekkoatletycznych ME w Zuruchu. Jak sam powiedział, na udział w kolejnym maratonie byłoby dla niego jeszcze za wcześnie po tamtym biegu (ME oodbywały się w sierpniu). Kiedy ja wbiegałam na Most, Yared był w tym samym miejscu, tylko już w drodze powrotnej;)
 
Trasa biegu, jak nietrudno zgadnąć wnioskując po nazwie, liczyła 5 km i prowadziła głównie po Moście Poniatowskiego, który trzeba było pokonać dwa razy: najpierw biegnąc w stronę Centrum, a następnie (po nawrotce na rondzie z palmą, oficjalnie nazywającym się Rondem gen. Charles’a de Gaulle’a) w kierunku Stadionu Narodowego. Z Mostu zbiegało się na Wybrzeże Szczecińskie i nim wbiegało się już prosto na teren Stadionu. Finisz odbywał się na płycie Stadionu.
 
Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, czyli palma daktylowa na Rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a.
 
Stadion Narodowy w drodze powrotnej.
 
Zawody wygrał Yared Shegumo z czasem 00:14:20. Najlepsza z pań była Karolina Pilarska z czasem 00:17:06. Mi udało się osiągnąć czas 00:30:27, zajmując 2380 miejsce na 3084. Życiówki nie było, ale po pierwsze było na to jak dla mnie trochę za ciasno, a po drugie biegłam spokojnie, delektując się słoneczną pogodą i widokami. Przyspieszyłam dopiero po zbiegnięciu z mostu. Na finiszu trzeba było trzymać fason;)
 

Nr 20615 po przebiegnięciu 5 km w czasie 00:30:27.

 
W kolejce po medal.
 
Medal z Biegu na Piątkę. Też na piątkę 🙂
 
Po drodze do depozytu natknęliśmy się jeszcze na stoisko Adidas, gdzie można sobie było zrobić pamiątkowe zdjęcie „na ściance”.
 
Pamiątka od firmy Adidas.
 
Rodzeństwo na medal 🙂
 
Ponieważ w domu czekał na mnie z utęsknieniem Synek nr 2, tylko chwilę patrzyliśmy na finiszujących maratończyków. Może w przyszłym roku będę już mogła pokibicować im nieco dłużej 🙂
 
Maratończycy.
 
Tego samego dnia w Berlinie także odbywał się maraton. W jego trakcie został ustanowiony nowy rekord świata na tym dystansie – 02:02:57. Dennis Kimetto z Kenii jako pierwszy człowiek w historii pokonał dystans 42 km i 195 m w czasie poniżej 2 h i 3 minut. Kenijczyk o 26 s poprawił rekord świata (ustanowiony rok wcześniej także w Berlinie), należący do swojego rodaka Wilsona Kipsanga Kiproticha.

Warszawska Triada Biegowa: 11 start na 11 listopada – XXVI Bieg Niepodległości

Jeszcze nigdy nie spędziłam Święta Niepodległości na biegowo. Ba, nigdy wcześniej nie spędziłam go na sportowo. No chyba, żeby zaliczyć do tego rodziny spacer. W końcu zawsze to jakiś rodzaj ruchu…;) Dziś już wiem, że to świetny sposób i będę kontynuować tę „nową, świecką tradycję” 🙂

Od dawna nie udało mi się na zawody dotrzeć bez pośpiechu i obawy, że nie zdążę. I nie zaspać (mimo nastawiania budzika ;)). Tym razem był czas na spokojne wypicie kawy i zjedzenie śniadania. Wszystko naszykowałam sobie wieczorem. Zawsze tak robię (inaczej bym nie dała rady zdążyć na kilka wcześniejszych zawodów;)).

 
[Poradnik biegacza
Przy okazji, dobra rada dla startujących w zawodach (nie tylko) po raz pierwszy: warto wszystko wcześniej, na spokojnie sobie naszykować. Strój, numer startowy (można go odebrać niekiedy nawet kilka tygodni przed zawodami, więc lepiej poszukać go, gdy nie zostało nam ostatnie 5 min do wyjścia, bo gdy człowiek się spieszy, to rzeczy martwe stają się szczególnie złośliwe i nie dają się znaleźć), agrafki do przypięcia numeru, napoje, coś regenerującego na ząb, mokre chusteczki do rąk i… wszystko to bez czego nie ruszacie się z domu nawet po bułki do sklepu. Np. ja, niczym tolkienowski Bilbo Baggins (przed wyprawą do Samotnej Góry oczywiście), nie ruszam się bez chusteczek do nosa:) Nie mówiąc już o wyborze sposobu dojazdu i sprawdzeniu czasu potrzebnego na dotarcie na miejsce zawodów, czy też lokalizacji biura zawodów, przebieralni i depozytów, czy nawet linii startu, bo (co nie jest już tak oczywiste) nie musi się ona znajdować tuż obok wcześniej wymienionych punktów. Pozwoli to uniknąć dodatkowego stresu rano w dniu zawodów (np. nerwowego szukania ulubionych spodni do biegania, by po kilku minutach poszukiwań znaleźć je w koszu na pranie) i zapomnienia czegoś „niezbędnie” potrzebnego, a czego brak odkryjemy dopiero na miejscu (mam tu na myśli coś, co tak naprawdę nie jest nam potrzebne, do startu, ale bez czego czujemy się nieswojo). Jestem przekonana że prawie każdy z nas coś takiego ma, jak np. wspomniane wyżej chusteczki:). Jeśli biegasz z telefonem, sprawdź też stan baterii, bo rano może już nie być czasu na jej ładowanie. Jeśli korzystasz z budzika w telefonie, powyższa czynność jest wręcz obowiązkowa ;)]

Wracając jednak do relacji, udało mi się wyjść z domu bez konieczności gonienia na przystanek. Umówiłam się z Bratem nr 1 na pętli tramwajowej. Na miejsce dojechać mogliśmy jednym tramwajem. Fajnie już w tramwaju spotykać innych biegaczy, udających się na ten sam bieg. Można się wtedy poczuć częścią pewnej społeczności. Podobnie jak w przypadku tegorocznego Biegu Powstania Warszawskiego, numer startowy posłużył mi za bilet 🙂
 
 
Numer startowy XXVI Biegu Niepodległości umożliwiał uczestnikom darmowy przejazd komunikacją miejską. 
 
Do Ronda „Radosława”, a więc rzut beretem od miejsca startu, dojechaliśmy o 09:40. Mogliśmy podziwiać flagę na nowo postawionym Maszcie Wolności. Na szczęście zawiał wiatr i przez chwilę widać ją było w całej biało-czerwonej okazałości. Szkoda, że nie zastosowano prowadnicy do flagi, wyglądałaby wtedy cały czas pięknie, choć może już nie tak malowniczo. We wtorek wielkiego wiatru nie było i flaga przez większość czasu zamiast dumnie powiewać smętnie sobie wisiała… Może w przyszłości zostanie to poprawione.

Maszt Wolności na Rondzie „Radosława”.
„W 96. rocznicę odzyskania niepodległości Polski, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w 25. rocznicę wolnych wyborów w Polsce, w 10. rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w hołdzie wszystkim, dzięki którym Polska jest dziś wolnym, odrodzonym krajem”.

 

Ponieważ mieliśmy do startu jeszcze dużo czasu, postanowiliśmy się pokręcić trochę po miasteczku zawodów. Z każdą chwilą przybywało na miejscu biegaczy, głównie w białych lub czerwonych koszulkach. Wszyscy razem mieliśmy przecież stworzyć na starcie żywą biało-czerwoną flagę.
 
Na początku poszliśmy do stoiska PKO Banku Polskiego, żeby wziąć udział w akcji „Biegnę dla …”. Tym razem biegacze mogli wspomóc 5-letnią Amelkę zmagającą się z nowotworem. Zasady są proste – trzeba udać się do namiotu PKO BP, wpisać się na listę, pobrać kartkę z hasłem akcji i przypiąć ją sobie (najczęściej na plecach, bo z przodu jest już nr startowy). Wiem już, że w akcji wzięło udział ponad 800 osób, dzięki czemu Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże pieniądze na jej leczenie. Trzymam kciuki za powrót Amelki do zdrowia!
 
Potem odwiedziliśmy biuro zawodów z pytaniem, czy można otrzymać puzzle z Marszałkiem Piłsudskim dołączane do pakietów startowych już po tym, jak odebraliśmy swoje pakiety. Okazało się, że można 🙂 Mam więc teraz zajęcie na wieczory bez biegania (kuruję się aktualnie z przeziębienia).
 
„Historia w kolorach”, czyli puzzle z Marszałkiem Piłsudskim od IPN.
 
Po drodze do szkoły (Zespół Szkół Samochodowych i Licealnych nr 2), w której mieściły się nasze przebieralnie i depozyty, kupiłam na stoisku wydawnictwa Inne spacery „Książkę kucharską dla aktywnych”. Nic tylko gotować;)

Najnowsza „lektura w biegu”.

Oddanie rzeczy do depozytu odbyło się sprawnie, jednak było lekkie zamieszanie z toaletą na parterze. Panie kierowały się oznaczeniem na drzwiach, na których kółeczko oznaczało damską toaletę, natomiast faktycznie została ona przeznaczona dla panów. Jak wiadomo, w damskiej toalecie kolejki są zawsze dłuższe i gdy zbliżała się godzina 11:00 zrobiło się troszkę nerwowo i panowie zaczęli upominać się o swoje. Myślę jednak, że wszyscy szczęśliwie zdołali opróżnić pęcherze;)

W efekcie tej „wc-draki” udaliśmy się do naszej VI (najwolniejszej) strefy czasowej – dla biegnących na czas 60 min i więcej – tuż przed wybiciem godziny 11:11. Jak się okazało, staliśmy naprawdę daleko od linii startu. Nie martwiło mnie to zbytnio (nie od dziś wiadomo przecież, że ostatni będą pierwszymi;)) do czasu, gdy odegrano Hymn. Ledwo się zorientowałam, że to już, bo prawie go nie było słychać:( Potem zostało nam już jedynie cierpliwie czekać na swoją kolej. Nie było to łatwe, bo w bezruchu zaczęło się robić trochę chłodno. Zanim przekroczyliśmy linię startu, dwóch najszybszych biegaczy ukończyło już swój bieg! Nie powiem, żeby to było budujące;) Ktoś już kończy bieg, kiedy ty jeszcze nawet nie zacząłeś. No i czekanie na start zwyczajnie się dłużyło, tak ciało, jak i emocje stygły… Ale dzięki takiemu rozwiązaniu na pewno wielu biegaczom udało się osiągnąć swój najlepszy życiowy wynik:)

 
„Kolejka” do linii startu.
 
Trasa biegu mi się podobała. Może nie była zbyt urozmaicona (polegała przecież na przebyciu pięciokilometrowego, prostego odcinka najpierw w jedną, a potem w drugą stronę), ale za to wiodła po jednej z głównych arterii komunikacyjnych Warszawy, przez Centrum, w otoczeniu drapaczy chmur… Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi były naprawdę imponującym widokiem. Niestety, telefon odmówił posłuszeństwa i nie mogłam zrobić więcej zdjęć 🙁
 
Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi. Piękny widok!
 
Musiałam polegać na zegarku, bo Endomondo wystartowało z opóźnieniem (brak łączności z satelitami;)). Na szczęście dobrze oznakowano każdy kilometr, dzięki czemu łatwo było mi kontrolować czas. Biegło mi się całkiem dobrze, zważywszy na to, że byłam przeziębiona. Emocje w trakcie zawodów jednak udzielają się i biegnąc w zawodach udaje mi się zwykle wykrzesać z siebie więcej, niż na co dzień. Jedną z takich wzruszających chwil był moment mijania orkiestry Wojska Polskiego, która wspierała biegaczy grając żołnierskie pieśni. Mi w udziale przypadło słuchać „Piechoty”. Za późno się jednak zdecydowałam, żeby przyspieszyć. Nie udało mi się złamać godziny, ale i tak osiągnęłam swój najlepszy czas na tym dystansie, lepszy od poprzedniego o 23 sekundy. Na pierwszym punkcie kontrolnym zajmowałam miejsce numer 10927, a bieg ukończyłam na miejscu 9814, z czasem 01:01:17.
 
Zawody ukończyło 12295 biegaczy. Zawody wygrał Łukasz Parszczyński (Warszawska Brygada Rakietowa) z czasem 00:30:03. Najlepsza wśród pań była Iwona Lewandowska (MON) z czasem 00:33:15. Ostatni na mecie zameldował się Pan Edward Mucha (ur. 1927), uważany za najstarszego biegacza w Polsce. Spotkanie Go na trasie wywołało u mnie wielkie wzruszenie. Naprawdę, to był niesamowity, niezapomniany widok. Dostałam dodatkowego „kopa” do ukończenia mojego biegu.
 
Pan Edward Mucha na trasie.
 
Teraz mogę się pochwalić 11 medalem w swojej biegowej kolekcji 🙂
 

11.11. i mój jedenasty start w zawodach 🙂
 
A na mecie czekała mnie niespodzianka, bo zjawił się Brat nr 2 z 2/3 swojej dzieciowej gromadki. Do domu wróciliśmy już razem, można więc powiedzieć, że rodzinny spacer też został zaliczony:)