Mam swojego trenera! :)

Przedstawiam Wam Kubę, mojego trenera 🙂

Kuba (właściwie to Jakub Karasek, biegacz amator i autor bloga „W nogi – czyli rzecz o bieganiu„) przygotowuje mnie do mojego debiutu na dystansie 21,0975 km w 10. Półmaratonie Warszawskim.
Rozpoczęliśmy współpracę 09.01.2015 r. i już 11.01 pojawił się pierwszy sukces – moja życiówka na 5 km (czas: 00:28:05) w biegu z cyklu Grand Prix Warszawa City Trail w Lesie Młocińskim 🙂

Kolejnym ważnym punktem był mój start 18.01 w XXXII Biegu Chomiczówki na 15 km, czyli na dystansie, którego nigdy wcześniej nie przebiegłam. Był to bieg, który miał mi w pewnym stopniu przybliżyć co mnie czeka 29.03. Kuba zaproponował mi taktykę biegu, którą zrealizowałam podczas startu jak najlepiej umiałam. Założenie było takie, by biec stopniowo coraz szybciej. Ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej życiówki na tym dystansie. Po 10 km biegu! Dodało mi to dużo wiary w siebie. I potwierdziło, że taktyka była słusznie dobrana. 

Niestety, ze względu na zabieg, któremu musiałam się poddać 20.01 nastąpiła 6-tygodniowa przerwa w treningach. Do biegania wróciłam na 4 tygodnie przed startem w #warsawhalf. 
15.03, po 2 tygodniach treningów (oczywiście pod kierunkiem Kuby) wzięłam udział w ostatnim biegu z cyklu City Trail. I znów uzyskałam swój najlepszy jak do tej pory czas 00:27:24. 
Kuba również startował w tym cyklu i to z bardzo dobrymi wynikami. W ostatnim biegu zajął 3. miejsce, uzyskując tym samym 4. w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Do tego wybiegał 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej M20 w całym cyklu. I jeszcze pierwsze w klasyfikacji generalnej drużyn wraz z kolegami z drużyny ENTRE.PL.

Jakiś czas temu pisałam tutaj, że bieganie z planem treningowym jest dla mnie bardzo motywujące. Bieganie z planem opracowywanym przez trenera jest motywujące jeszcze bardziej! W końcu poświęca swój czas, aby opracować dla mnie plan, więc naprawdę trudno jest opuścić trening z powodu zwykłego „nie chce mi się” 😉

Dzisiaj przede mną kolejny „sprawdzian”. Kuba zapowiedział, że może pojawić się gdzieś na trasie w roli kibica 😉 Sam tydzień temu ustanowił swój życiowy rekord na dystansie półmaratonu w Półmaratonie Marzanny w Krakowie – czas 1:17:21 i miejsce 28/3247. Kosmiczny czas! Dla mnie satysfakcjonujące będzie już samo ukończenie biegu na dystansie półmaratonu. W końcu i tak to będzie życiówka ;P

Zawody biegowe: Grand Prix City Trail Warszawa 2014/2015 – finał z przytupem!

W niedzielę 15.03 wzięłam udział w ostatnich zawodach z cyklu Grand Prix City Trail Warszawa rozgrywanych w sezonie 2014/2015.

City Trail to cykl przełajowych zawodów biegowych na dystansie 5 km rozgrywany od 5 lat. Jak podają Organizatorzy, są to: „zawody dla każdego – ścigaczy, amatorów aktywnego spędzania czasu, początkujących biegaczy, a także dzieci, bowiem w ramach zawodów organizowane są także krótsze biegi dla najmłodszych – City Trail Junior na dystansach od 300 m do 3 km”.

 

W sezonie 2014/2015 zawody odbywały się w 11 miastach: Bydgoszczy, Gdańsku, Gdyni,  Katowicach, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie oraz we Wrocławiu. Cały cykl rozpoczął się 11 października 2014 w Lublinie, a zakończy się 29 marca 2015 w Katowicach.

Żeby zostać sklasyfikowanym i otrzymać pamiątkowy medal należało wziąć udział w 4 z 6 biegów, przy czym można było startować w różnych miastach. Rejestracji można było dokonać elektronicznie (nie później niż na 3 dni przed zawodami) lub na miejscu w dniu imprezy w biurze zawodów. Opłaty startowe były zróżnicowane i zależały od terminu wniesienia
wpisowego. Do drugiej edycji włącznie można było wnieść opłatę za pakiet
wszystkich biegów, co pozwalało obniżyć koszt udziału w zawodach.

Każdy uczestnik biegu głównego otrzymywał numer startowy (stały na cały cykl, który po każdym biegu trzeba było zwrócić i odebrać przed kolejnym w biurze zawodów) oraz chip do pomiaru czasu (zwracany po każdym biegu). Po ostatnim biegu można było zatrzymać swój numer startowy na pamiątkę. Nie wiem jak Wy, ale ja kolekcjonuję swoje numery startowe.

 Mój numer startowy w cyklu City Trail 
fot. A. Jarosz

Grand Prix City Trail Warszawa

Edycja warszawska, w której brałam udział, odbywała się w Parku Leśnym „Młociny”. Zakończyła się w ostatnią niedzielę, czyli 15.03. Udało mi się zakończyć ją z przytupem, ponieważ wybiegałam swój najlepszy czas na dystansie 5 km – 00:27:24. To jest zresztą moja trzecia „życiówka” uzyskana w tym cyklu 🙂
Spośród sześciu zawodów rozegranych w ramach Grand Prix City Trail Warszawa wzięłam udział w 4 z nich (I, III w 2014 i IV, VI w 2015). Z jednego wykluczyło mnie przeziębienie, z drugiego przymusowy odpoczynek po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego.
 
Trasa Grand Prix City Trail Warszawa
fot. www.citytrail.pl

Trasa warszawskiej edycji składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli – pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie. Biegło się po głównej alejce Parku Leśnego Młociny, ale nie odnotowałam kolizji z niedzielnymi spacerowiczami 😉 
Leśne alejki były dość ubite, ale jak to w lesie, zdarzały się na nich korzenie i kamienie. Pewien fragment trasy, po którym biegło mi się najgorzej, przebiegał po ścieżce utwardzonej potłuczonymi cegłami. Ze względu na to, że zawody odbywały się w okresie jesienno-zimowym, na trasie bywało też błoto i kałuże, ale nie na tyle duże, żeby nie można ich było ominąć. 
W pierwszych zawodach z cyklu biegłam w butach do fitnessu (moich pierwszych butach do biegania) z dość delikatną podeszwą i biegnąc w nich musiałam uważać na korzenie, czy kamienie. Tamtego dnia brałam wcześniej jeszcze udział w biegu na 10 km (odbywającym się po asfaltowych alejkach w parku), miałam niewiele czasu na ogarnięcie się w domu i jakoś tak z rozpędu ubrałam te same buty. „Oświeciło” mnie dopiero na miejscu… Zdecydowanie lepiej biegało mi się w butach z twardszą podeszwą i większym bieżnikiem, czyli przeznaczonych do biegania w terenie. Oczywiście, wtedy też trzeba patrzeć pod nogi i uważać na kamienie, ale zetknięcie z korzeniem, czy kamieniem nie jest tak dotkliwe;) Na
ostatnich zawodach pobiegłam jednak w butach Crivit z najnowszej kolekcji biegowej
Lidla i choć nie są one raczej z założenia przeznaczone do biegania w terenie, to dobrze
się sprawdziły. W każdym bądź razie nie bałam się o swoje stopy w momencie spotkania z korzeniem czy kamieniem. Zdecydowanie bardziej martwiło mnie błoto, bo trochę się wybrudziły, ale przynajmniej przeszły chrzest bojowy 😉
„City Trail – krok do natury”
fot. A. Jarosz
Trasa była zawsze bardzo dobrze oznakowana – nigdy nie miałam problemu z wypatrzeniem znaku informującego o kolejnym wybieganym kilometrze. Trzeba oddać organizatorom, że wiedzą co robią i znają się na rzeczy. Bardzo szybko przepinane były taśmy, którymi znakowano trasę, tak żeby nikt się nie pomylił i drugą pętlę pobiegł właściwą ścieżką. 
Sprawnie odbywało się także odbieranie numerów startowych oraz oddawanie rzeczy do depozytu, a potem ich odbieranie. Wolontariusze byli zawsze uśmiechnięci i pomocni.
Na mecie po każdym biegu czekała na biegaczy ciepła herbata i pyszne rogaliki z marmoladą 🙂
Zawody na terenie parku leśnego stanowiły miłą odmianę od biegów ulicznych. Nie ma to jak kontakt z naturą 🙂
Jedyną niedogodność stanowiło oddalenie biura zawodów od linii startu, ale z drugiej strony zapewniało to rozgrzewkę przed startem 😉
Linia startu w City Trail
fot. A. Jarosz

12.10.2014 Grand Prix City Trail Warszawa I – 00:30:31 – relację z pierwszej edycji zamieściłam wcześniej na blogu: tutaj.

14.12.2014 Grand Prix City Trail Warszawa III – najlepszy życiowy czas po raz pierwszy: 00:29:02
Pamiętam, że bieganiu towarzyszyła mżawka, mimo wszystko udało mi się pobić swój dotychczasowy rekord na dystansie 5 km 🙂

11.01.2015 Grand Prix City Trail Warszawa IV – najlepszy życiowy czas po raz drugi: 00:28:05.
To był początek mojej współpracy z trenerem, bieg ten potraktowaliśmy więc jako sprawdzian mojej formy. Motywacja była więc duża i mimo sporego wiatru udało się wybiegać „życiówkę”:) 
Tego dnia uczestniczyłam jeszcze w 9. Biegu „Policz się z cukrzycą” odbywającym się w ramach 23. Finału WOŚP.

15.03.2015 Grand Prix City Trail Warszawa VI – najlepszy życiowy czas po raz trzeci: 00:27:24.
Moja aktualna życiówka. Coś czuję, że prędko jej nie pobiję ;), ale będę się starać zbliżyć do moich wymarzonych 25 minut. Start w tych zawodach podbudował mnie przed półmaratonem – w końcu udało mi się wybiegać PB po 6 tygodniowej przerwie w treningach. Oczywiście, takie tempo na całym dystansie półmaratonu nie jest dla mnie osiągalne, ale zaczynam wierzyć, że dobiegnę do mety;)

Klasyfikacja generalna całego cyklu:
K 64/129, K30 32/59

Podsumowanie warszawskiej edycji będzie miało uroczysty charakter i odbędzie się 30.03 o godz. 18:30 w Hotelu Radisson Blu Sobieski (Plac Zawiszy 1). Tego dnia nagrodzeni zostaną zwycięzcy klasyfikacji generalnej – pięć kobiet i pięciu mężczyzn (m.in. mój Trener – Jakub Karasek W nogi – czyli rzecz o bieganiu, który zajął 4 miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu), a także kategorii wiekowych – trzy kobiety i trzech mężczyzn w każdej (Kuba zajął 2. miejsce w kategorii M20). Nagrody dostaną również uczestnicy cyklu dla dzieci i młodzieży – City Trail Junior. Każdy, kto ukończył co najmniej 4 biegi otrzyma pamiątkowy medal, czyli m.in ja 😉

Pytanie do biegacza: Co się czai na biegowej ścieżce?

Czy zdarzyła Wam się kiedyś jakaś niezbyt miła lub wręcz niebezpieczna sytuacja w trakcie biegania? Na takie pytanie przyszło mi ostatnio odpowiedzieć na łamach portalu Aktywnie Bardzo.

Oto moja odpowiedź:

„Jeśli chodzi o moje biegowe przygody, to kiedyś uczestniczyłam w dość zabawnym zdarzeniu, które jednak w innych okolicznościach mogłoby wcale nie być śmieszne… Kiedyś późnym wieczorem przebiegaliśmy z bratem koło czynnego 24h sklepu z alkoholami i nagle drogę zastąpił nam jeden ze stojących pod sklepem panów z okrzykiem: „Hej, Dziewczyny (!), pijecie z nami wódkę?” – widać nogi brata w biegowych legginsach prezentowały się wyjątkowo atrakcyjnie;) Ciemności i alkoholowe zamroczenie też zrobiły swoje. O mały włos, a wylądowałabym w objęciach tego pana, na szczęście byłam szybsza i udało mi się go sprytnie wyminąć.
Pan jeszcze chwilę nas namawiał, ale musiał nieco zawiedziony samotnie wrócić do swoich kolegów 😉 Tym razem trafiliśmy na przyjacielsko nastawionego amatora trunków konsumowanych „pod chmurką”, ale wiadomo że zdarzają się też i ci mniej przyjaźni. Dlatego na wszelki wypadek lepiej omijać takie sklepy szerokim łukiem.
Z innych mało przyjemnych zdarzeń to mogę jeszcze wymienić spotkania z psami. Zdarzyło się kilka razy, że mijany pies skoczył na mnie pokazując zęby. Dlatego teraz kiedy mijam psa, zawsze przechodzę do marszu. Nawet, gdy pies jest w towarzystwie właściciela, bo ci też nie zawsze w porę reagują na niesubordynację pupila.
Ponieważ biegam głównie wieczorami staram się unikać odludnych miejsc i noszę ubrania z odblaskowymi elementami lub zakładam odblaskowe opaski.”


Jeśli chcecie dowiedzieć się co spotkało innych biegaczy, m.in. Milenę z WithaSMile, Pawła z lubelskibiegacz.pl koniecznie zajrzyjcie tutaj.

A czy Wam przydarzyło się kiedyś coś podobnego? A może wręcz przeciwnie, spotkało Was coś zabawnego, czy przyjemnego? Czekam na Wasze relacje 🙂

Wyniki sportowe: Biegowe podsumowanie lutego

W lutym przebiegłam 4 km. Wydawałoby się więc, że praktycznie nie ma nic do podsumowywania. Tymczasem jest inaczej 🙂


luty 2015
 
Z dość sporym poślizgiem (w końcu mamy już połowę marca) udało mi się podsumować mój biegowy luty. 
Faktycznie, jeśli chodzi o kilometraż, to trudno go nazwać imponującym 😉 Jednak były to pierwsze kilometry po blisko 6-tygodniowej przewie (bez jednego dnia) w bieganiu. Przerwa była spowodowana względami zdrowotnymi. Miała trwać 4 tygodnie, czyli zgodnie z wytycznymi lekarskimi po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego. Trwała jednak dłużej, bo pod koniec zwolnienia przyplątała mi się infekcja. 
29.03 mam zaplanowany start w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim (debiut na tym dystansie) wolałam więc poczekać jeszcze z powrotem do biegania aż się wykuruję. Obawiałam się, że jeśli wrócę za wcześnie, to przeziębienie się rozwlecze i wtedy o wymarzonym starcie będę mogła zapomnieć.
 
W efekcie na rozruszanie się przed półmaratonem zostały mi 4 tygodnie. Nie jest to dużo, ale pozwala mi jednak myśleć o starcie. Oczywiście nie będzie to bieg po żaden rekord, satysfakcja będzie już z samego ukończenia biegu. Na wybieganie wyników przyjdzie jeszcze pora 🙂
 
Czasu, w którym nie mogłam biegać nie uważam jednak za stracony. W końcu w życiu każdego sportowca zdarzają się takie momenty, kiedy nie trenuje – od kontuzji, przez chorobę, po celowe roztrenowanie. Dobrze więc mieć już jakieś doświadczenie z taką przymusową (w moim wypadku) przerwą, żeby wiedzieć jak postępować w takim przypadku w przyszłości. Co prawda drugiego pęcherzyka żółciowego nie mam ;), ale zawsze może się zdarzyć inna przyczyna dłuższego unieruchomienia.
 
Jak sobie więc radziłam w trakcie przerwy od biegania? Pierwsze dni po zabiegu najlepiej mi się spędzało na leżąco, choć zalecenie lekarskie było, aby jednak się ruszać, nie zalegać w łóżku, żeby nie tworzyły się zrosty pooperacyjne. Starałam się więc chodzić mimo bólu i dyskomfortu, ale na początku w grę wchodziło jedynie poruszanie się po mieszkaniu. O bieganiu wtedy jeszcze nie myślałam 😉 Pierwszy prawdziwy, choć krótki spacer odbyłam po tygodniu. I w zasadzie tydzień po zabiegu odczułam już zauważalną poprawę samopoczucia. Stopniowo wydłużałam więc czas i dystans spacerów. I to właśnie spacery były moim sposobem na podtrzymanie aktywności fizycznej w trakcie rekonwalescencji. Wiem, że nie w każdym przypadku unieruchomienia spacery wchodzą w grę, ale jeśli nie ma przeciwskazań, to spacery w znacznym stopniu pomagają zrekompensować przerwę w bieganiu. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 🙂 W moim przypadku nie były zbyt intensywne, zwykle 3-4 km, za to z pchaniem wózka dziecięcego przed sobą 😉
 
Kiedy odzyskałam już nieco siły, trudno było mi wytrzymać w domu, bo po pierwsze w perspektywie były wspomniane już zawody, a po drugie miałam wizję przybrania kilku (czytaj: kilkunastu) kilogramów a przecież chcę kilogramy zrzucać, a nie wrzucać na siebie 😉 
Przytyć na szczęście nie przytyłam, wizja obrastania w tłuszcz okazała się więc być mocno przesadzona 😉 W którymś momencie perspektywa rezygnacji ze startu w półmaratonie też przestała być straszna. Pomyślałam sobie, że trudno, najwyżej nie pobiegnę w TYM półmaratonie, ale to nie oznacza, że nie pobiegnę w innym. Oczywiście nie zamierzałam się poddawać, ale też przestałam odczuwać jakąś presję, w którą sama wcześniej się wkręciłam.
 
Myślę, że niezależnie od przyczyny przerwy od biegania, ważne jest zachowanie zdrowego rozsądku. Czasami nogi same rwą się do biegu, zwłaszcza, że w tym roku zima nas rozpieszcza i przypomina raczej wczesną wiosnę (przynajmniej w Warszawie tak jest). W słoneczne dni najtrudniej było mi powstrzymać chęć założenia butów i pobiegania. Zacytuję tu jednak słowa mojego Trenera (i autora bloga W nogi – czyli rzecz o bieganiu), Kuby Karaska: „Do treningu lepiej wrócić 2 dni za późno, niż 1 dzień za wcześnie”.
 
Jeśli zbyt wcześnie wrócimy do biegania ryzykujemy pogorszeniem samopoczucia lub odnowieniem kontuzji. Intensywność treningu lepiej jest zwiększać powoli i obserwować jak na ten powrót reaguje nasz organizm, a nie od razu porywać się na wykonywanie treningów sprzed okresu przerwy.
W tej chwili mam już za sobą kilka treningów po przerwie. Pierwszy potraktowałam dość zachowawczo. Nie wiedziałam jak moje ciało zareaguje na bieg. Na co dzień już nic mnie nie bolało, ale bieganie to jednak spory wysiłek. Pierwsze bieganie (w ostatni dzień lutego) trwało 30 minut i przebiegłam wtedy 4 km. Przerwę w bieganiu odczuwam, bo przed operacją te same dystanse co teraz biegało mi się lżej. Z każdym kolejnym treningiem jest jednak lepiej i czuję się pewniej na biegowej ścieżce.
Przyznaję, że przerwa trochę mnie rozleniwiła. Przed zabiegiem zaczęłam ćwiczyć pilates, żeby wzmocnić wszystkie mięśnie. Do regularnego biegania już wróciłam, do pilatesu jeszcze nie. Jakoś tak nie mogę się zorganizować, ale myślę że już niedługo wpadnę na właściwy tor biegowych (i nie tylko) treningów. 

Refleksja biegacza: Gdy Ci smutno, gdy Ci źle – idź pobiegać, odpręż się! :)

Wczorajszy dzień nie należał do tych najlepszych – Synek nr 2 marudny, Synek nr 1 znudzony, bo od tygodnia siedzi chory w domu… Wychodzili więc z siebie, wchodząc mi na głowę. W efekcie nawet obiadu mi się nie chciało gotować (dobrze że z poprzedniego dnia co nieco zostało ;)) Na zaplanowany trening też mi się nie chciało wyjść…

I tak zaczęłam sama przed sobą szukać różnych wymówek, ale na nic się to zdało – motywacja sama się pojawiła w postaci niezwykle sympatycznej przesyłki od… Lidl Polska 🙂 Różowe buty do biegania!

różowe motywatory 😉

Nie muszę już chyba dodawać, że to mój ukochany kolor jeśli chodzi o biegowe akcesoria… Jak mogłabym więc ich nie wypróbować? 🙂 Wskoczyłam w nie szybko, pobiegałam pół godzinki i wybiegałam złe emocje. I co mnie bardzo cieszy, siły było jakby więcej niż na poprzednich dwóch treningach (jednak 6-tygodniowa przerwa robi swoje). Przy okazji sama różowa się zrobiłam 😉

różowa od stóp do głów 😉

 A w czasie biegu towarzyszył mi księżyc w pełni 🙂

księżyc w pełni
   
Przy okazji, przypominam co nam daje regularna aktywność fizyczna (w tym oczywiście bieganie):
– wspomaga utrzymanie prawidłowej wagi/zredukować nadmierną masę ciała,
– poprawia sprawność fizyczną – wzrasta zwinność, szybkość i refleks,
– wzmacnia serce i pracę naszego układu krążenia, obniża ciśnienie krwi,
– wzmacnia układ kostny, chroniąc nas przed osteoporozą,
– zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób cywilizacyjnych – otyłości, cukrzycy, nadciśnienia,
– wzmacnia naszą odporność,
– pozytywnie wpływa na funkcjonowanie mózgu (poprawia pamięć, koncentrację),
– poprawia jakość snu,
– redukuje napięcia i niepokój,
– poprawia samopoczucie (jak widać wyżej;)),
– sprawia, że czujemy się lepiej w swojej skórze, wzrasta więc pewność siebie.
 
Wbrew pozorom, uprawianie sportu wcale nie jest tak czasochłonne, jak nam się wydaje. Brak czasu jest chyba najczęstszą wymówką od regularnego „ruszania się”. Tymczasem wystarczy już 30 min 3 razy w tygodniu (rozłożone w czasie, np. co drugi dzień), aby odczuć wyżej wspomniane efekty. Warto zainwestować ten czas w nasze zdrowie.
 
Początki są najtrudniejsze, trudno zmienić często wieloletnie przyzwyczajenia, tryb życia (coś o tym wiem;)). Jednak z każdym treningiem jest łatwiej. Kiedy już się ruszymy z kanapy, przestajemy zauważać te różne przeszkody, które często sami stwarzamy w swojej głowie. Przyzwyczajamy się do aktywności fizycznej i potem trudno nam sobie wyobrazić nasze życie bez niej. Chyba tak samo trudno, jak wcześniej przychodzi nam wyobrażenie sobie życia z nią 😉 I owszem, dalej zdarzają się chwile kiedy nie mamy na koniec dnia ochoty nawet ruszyć ręką. Jednak przekonałam się już nieraz na własnej skórze, że często właśnie w takie dni treningi wychodzą najlepiej.