Motywacja biegacza: Lepsza ja!

Czasami jesteśmy swoim największym wrogiem!
Świetna kampania Nike Women​. Wielu z Was już pewnie widziało ten film, ale może są jeszcze tacy jak ja, którzy uchowali się aż do tej pory 😉

Mam nadzieję, że jak najwięcej kobiet go obejrzy (Panów też zachęcam!). Tych zakompleksionych, zagubionych, onieśmielonych, nieszczęśliwych w swoim ciele… Ja też taka byłam. Nie czułam się sobą z samą sobą.
W zeszłym roku się zawzięłam i nie ustaję w pracy nad sobą, choć nie powiem, żeby zawsze było łatwo i żeby nie było dni w których nie chce mi się ruszyć… Duuużo czasu zajęło mi dojście do tego, żeby zacząć coś zmieniać. Wierzcie mi, naprawdę najtrudniej jest zacząć, potem jakoś się nabiera rozpędu.
Czasami czułam się śmiesznie w tym swoim bieganiu, miałam wrażenie że każdy się na mnie gapi. Myślałam nieraz: „Co ja tu robię?!” patrząc na inne dziewczyny, które tak pięknie wyglądają w biegu. I zastanawiałam się, jak im się udaje utrzymać na twarzy makijaż. Ze mnie by spłynął 😉
W końcu jednak zaakceptowałam fakt, że w trakcie biegu jestem różowa jak prosiaczek. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 🙂 A ja naprawdę lubię różowy 🙂
Trudno jest walczyć z samym sobą, ale pokonanie siebie (nie tylko na polu sportowym) daje niesamowitą satysfakcję!

„Nie pozwól sobie się zatrzymać”!

#LepszaJa #thisgirlcan #lubięróżowy

Biegam i pomagam: Biegam Dobrze i dlatego zapisałam się na swój pierwszy maraton!

Wraz z zapisami na 37. PZU Maraton Warszawski wystartowała akcja „Biegam Dobrze”. Nie wiem, czy pobiegnę dobrze, ale na pewno pobiegnę ze wszystkich sił! We wrześniu będę startować w 37. Maratonie Warszawskim!

 
 

Już kiedyś wspominałam, że chętnie biorę udział w biegach charytatywnych. Kiedy tylko mogę to biegam i pomagam. Jednym z moich biegowych marzeń jest start w biegu na dystansie 42,195 km. Ponieważ mieszkam w Warszawie najbardziej oczywistym wyborem dla mnie jest Maraton Warszawski. Nastawiałam się (tak optymistycznie) na start w 2016 r. Jednak udział w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim sprawił, że zaczęłam sobie po cichu myśleć o starcie w tegorocznej edycji. Nikomu się do tego pomysłu nie przyznawałam, bo głupio mi było o tym mówić głośno samej przed sobą, a co dopiero przed kimś innym… Dopiero w trakcie ostatniego biegania z Bratem nr 1 jakoś mimochodem pojawił się ten temat. Temat startu w maratonie we wrześniu 2015.

Po konsultacji z moim trenerem (wierzcie mi, że żeby go spytać o to co sądzi o takim pomyśle musiałam się naprawdę zebrać w sobie) stwierdziłam, że zmierzę się z królewskim dystansem wcześniej, niż zakładałam, czyli jeszcze w tym roku. Kuba (mój trener) powiedział, że „zdecydowanie sądzi” że jestem w stanie przygotować się do maratonu we wrześniu. To dodało mi wiary we własne siły. Gdyby nie użył słowa „zdecydowanie”, to bym się pewnie jeszcze zastanawiała… A tak – proszę – właśnie zapisałam się na 37. Maraton Warszawski. Mój pierwszy maraton!

Dużym impulsem była przy tym dla mnie akcja „Biegam Dobrze” towarzysząca zapisom do tegorocznej edycji MW i która jest według Organizatorów pierwszym w Polsce modelem aktywnej biegowej charytatywności. Właśnie tę drogę zapisu wybrałam – żeby wystartować w maratonie biorę udział w charytatywnej zbiórce pieniędzy na rzecz Fundacji „Dzieci Niczyje”.

Chcę, żeby mój debiutancki start w maratonie był czymś więcej niż tylko wyścigiem, nawet jeśli chodzi tu o wyścig z samą sobą. I Ty możesz mi w tym pomóc! Jak?

Wesprzyj Fundację „Dzieci Niczyje” dla której chcę pobiec. Zebrane środki zasilą jej konto, a kiedy licznik mojej zbiórki przekroczy 300 zł otrzymam od niej numer startowy. Od siebie na początek daję tyle, ile każdy uczestnik musi zapłacić za udział w maratonie, czyli 100 zł.

Na zebranie środków i zagwarantowanie startu w maratonie mam czas do 15 sierpnia, jednak swoją zbiórkę mogę prowadzić dalej – do 15 października. Dlatego mam nadzieję, że uzbiera się suma wyższa niż minimalna 🙂 Każda kwota się liczy. Razem możemy więcej!

Pomóżmy tym, którzy najbardziej potrzebują naszej pomocy – dzieciom, które doświadczają przemocy i które są tak bardzo bezbronne!

Sama jestem mamą dwóch synów i mam dość słuchania w mediach informacji o kolejnym skrzywdzonym dziecku! Nie chcę więcej biernie słuchać! Wierzę, że działania Fundacji pomogą odmienić los dzieci, którym dzieje się krzywda i pomóc przywrócić uśmiech na twarzy tym, które krzywdy doznały. Fundacja prowadzi szereg działań edukacyjnych, wspierając je możemy zapobiec kolejnemu nieszczęściu. Obiecuję, że pobiegnę ze wszystkich sił!

Biorąc udział w zbiórce pieniężnej pomożesz spełnić mi moje biegowe marzenie. Nie ono jest jednak w tym najważniejsze, bo dużo ważniejsze są dzieci, którym możesz w ten sposób pomóc.

Link do strony zbiórki charytatywnej na rzecz Fundacji „Dzieci Niczyje”, gdzie można wpłacać pieniądze:
https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/221

Z góry dziękuję za wsparcie! 🙂

PS. W relacji z Biegu na Piątkę towarzyszącemu 36. Maratonowi Warszawskiemu wspomniałam słowa Pana Przemysława Babiarza – a jednak miał rację! Choć o to samo tempo będzie trudno ;)(uzyskałam wtedy czas 00:30:27 netto).

O działalności Fundacji „Dzieci Niczyje”
Fundacja Dzieci Niczyje istnieje po to, aby zapewnić każdemu dziecku bezpieczne dzieciństwo. Chronimy dzieci przed krzywdzeniem i pomagamy tym, które doświadczyły przemocy.
Realizując naszą misję:

  • Uczymy dorosłych, jak traktować dzieci, żeby ich nie krzywdzić
  • Pokazujemy im, jak reagować, gdy podejrzewają, że dziecku dzieje się krzywda
  • Uczymy dzieci, jak mogą uniknąć przemocy i wykorzystywania
  • Oferujemy krzywdzonym dzieciom i ich opiekunom pomoc psychologiczną i prawną
  • Wpływamy na polskie prawo, by jak najlepiej chroniło interes dziecka

Więcej można przeczytać tutaj: http://fdn.pl/o-fundacji

O akcji Biegam Dobrze
Zgłaszając się do startu w 37. PZU Maratonie Warszawskim biegacze mogą aktywnie wesprzeć działanie jednej z czterech organizacji partnerskich: Amnesty International, Fundacji Dzieci Niczyje, Fundacji Synapsis lub Fundacji Rak‘n’Roll. Aby podjąć to wyzwanie wystarczy podczas rejestracji założyć profil swojej zbiórki, za pośrednictwem którego znajomi, rodzina, sąsiedzi czy inni biegacze będą mogli wpłacać środki na wybrany przez zawodnika cel.
Kiedy licznik na założonym profilu przekroczy 300 zł, fundusze zasilą konto wybranej organizacji, a biegacz otrzyma od niej numer startowy. Na zebranie środków, a tym samym zagwarantowanie sobie startu w 37. PZU Maratonie Warszawskim, biegacz charytatywny ma czas do 15 sierpnia, jednak swoją zbiórkę może prowadzić dalej – aż do 15 października.
Jeśli do 15 sierpnia zawodnik uzbiera mniej niż 300 zł – zebrana kwota zostanie przekazana na wskazany przez niego cel charytatywny, a biegacz nadal będzie miał czas na zgłoszenie się do maratonu drogą tradycyjną, wniesienie opłaty startowej i udział w biegu.
Dla wszystkich biegaczy charytatywnych Fundacja „Maraton Warszawski” wraz ze sponsorami przygotowała prezent – pakiet zawierający koszulkę techniczną.
Regulamin biegu, formularz zapisów i inne przydatne informacje znaleźć można na stronie www.pzumaratonwarszawski.com

#BiegamDobrze #LubięBiegać #ChcęPomagać #biegamipomagam

Zawody biegowe: Wieliszewski Crossing 2015 – WIOSNA – po górkach też daję radę ;)

Wiosenna edycja Wieliszewskiego Crossingu 2015 była dla mnie zdecydowanie najbardziej wymagającym biegiem spośród tych, w których brałam udział. Jednocześnie Wieliszewska Trasa Crossowa to jedno z piękniejszych miejsc, w jakich miałam okazję biegać.

Wieliszewski Crossing 2015 to cykl zawodów dla rowerzystów i biegaczy (dla dorosłych i dla dzieci) odbywający się na terenie Gminy Wieliszew. Inicjatorem jest Wójt Gminy, Paweł Kownacki. Cykl składa się z 4 edycji: Zima (01.02), Wiosna (11.04), Lato (21.06) i Jesień (20.09).

 

Każda edycja odbywa się w innej części Gminy. Edycja wiosenna odbyła się na Wieliszewskiej Trasie Crossowej.

 

Wieliszewska Trasa Crossowa to szlak rowerowy wytyczony na tzw. Uroczysku Poniatów i liczący 12,5 km. Suma przewyższeń to ponad 200 metrów. Otwarcia trasy dokonała gwiazda światowego kolarstwa  MTB – Gunn-Rita Dahle Flesjaa – mistrzyni świata MTB Maraton, mistrzyni olimpijska, wielokrotna mistrzyni Europy oraz zwyciężczyni Pucharu Świata MTB. Obecny rekord trasy należy do utytułowanego polskiego kolarza szosowego – Cezarego Zamany (ma na koncie m.in. tytuł Mistrza Polski z 1999 r. oraz zwycięstwo w Tour de Pologne 2003) i wynosi 31 minut 54 s.


Wieliszewska Trasa Crossowa (12,5 km)
Jak udowadniają organizatorzy wydarzenia, trasa ta doskonale nadaje się też dla biegaczy 🙂

Do udziału w tym wydarzeniu zachęcił mnie Brat nr 1, który brał udział w edycji Zimowej. Udział w całym cyklu jest bezpłatny (!). Zawody są naprawdę dobrze zorganizowane. Pomiar czasu prowadzi firma czasomierzyk.pl. Każdy uczestnik biegu otrzymuje zwrotny numer startowy z chipem, a po biegu pamiątkowy medal oraz posiłek regeneracyjny (dzisiaj był makaron i ciasto drożdżowe) i wodę. Dzisiejsza trasa była bardzo dobrze oznakowana. Mimo, że miejscami biegłam nie widząc nikogo przed sobą nie miałam problemu ze znalezieniem właściwej ścieżki. Wolontariuszami na trasie byli strażacy.

W edycji zimowej przydarzyła się jednak Organizatorom mała wpadka z oznakowaniem trasy. Trasa dla biegaczy liczyła wówczas 7 km, a dla rowerzystów 14 km (w edycji wiosennej i biegacze, i rowerzyści ścigali się na trasie o jednakowej długości). Niestety nie zmieniono na czas oznakowania trasy dla biegaczy i w edycji zimowej część biegaczy, w tym mój Brat, pokonała dystans 14 km. Za to dzisiaj czekała na nich niespodzianka, każdy kto pokonał trasę dwa razy dłuższą niż przewidywana, mógł odebrać od Organizatorów upominek w postaci kubeczka. Bardzo sympatyczny gest 🙂

W dzisiejszych zawodach nie wystarczyło niestety wody dla wszystkich biegaczy – to był jedyny chyba minus. Na szczęście dzisiaj mnie coś tknęło i zabrałam ze sobą dawno nieużywany pas na bidon. Kobieca intuicja 😉 Rozumiem jednak rozczarowanie tych biegaczy, którzy w kwestii nawadniania liczyli na Organizatorów.

W edycji wiosennej wzięło udział 148 biegaczy i 56 biegaczek.

 Na linii startu
 
Wystartowaliśmy o godz. 12:00. Na początku było nieco ciasno, bo początek trasy był dość wąski, liczne podbiegi sprawiły jednak, że początkowo zwarta grupa biegaczy stopniowo się przerzedziła. W niektórych momentach miałam przed sobą jedną osobę, czasami (zwłaszcza na krętych odcinkach) nie widziałam przed sobą nikogo.
 
 
Pierwszy kryzys nastąpił dość szybko, bo po niecałych 5 km, za jednym z podbiegów, który bardziej przypominał mi pionową ścianę ;). Potem udało mi się jakoś wziąć w garść i biec dalej. Starałam się odpoczywać na każdym płaskim odcinku, ale nie było ich za wiele 😉 
 
Za mój cel minimum stawiam sobie na zawodach zawsze to, żeby całość trasy pokonać biegiem. Jak do tej pory mi się to udaje. Nie odpuszczam nawet na podbiegach. Tak wiem, czasami bliżej mi do truchtu, ale cóż…  Dzisiaj podbiegów było tyle, że nie jestem w stanie ich nawet zliczyć. I na żadnym nie odpuściłam! Jestem z siebie naprawdę dumna 🙂
 
Dzisiejsze zawody dały mi namiastkę biegania po górach. Wiem, że to nie to samo, ale wiem, że kiedyś wystartuję w prawdziwym biegu górskim 🙂
 
Mam takie jedno (z wielu oczywiście) biegowych marzeń. Jest taka scena w ekranizacji trylogii Tolkiena (kończąca pierwszą część – „Drużynę Pierścienia”), kiedy po śmierci Boromira rozpada się Drużyna Pierścienia i Aragorn mówi do Legolasa i Gimlego: „Lets hunt some orc”. I potem, właściwie to już chyba nawet w drugiej części „Dwie wieże”, podziwiać możemy pościg dzielnej trójki za orkami Uruk-hai w celu odbicia porwanej dwójki Hobbitów, Merryego i Pippina. I ten właśnie pościg odbywa się w takiej pięknej górskiej scenerii. Zawsze kiedy go oglądam, to marzy mi się żeby biec tak jak oni, wśród tych traw, górskich przełęczy… Znalazłam nawet na You Tube filmik ze scenami z tego pościgu, dla tych co nie oglądali 😉 https://www.youtube.com/watch?v=M-XmDzAKsag Zdjęcia do filmu kręcono m.in. w Nowej Zelandii. Pewnie nigdy nie będzie mi dane wybrać się w tak egzotyczną podróż, ale przecież marzyć nikt mi nie zabroni 😉 No i mamy też nasze piękne polskie góry:)
 
I dziś w trakcie biegu wyobrażałam sobie, że biegam sobie po tych wymarzonych górach 😉 Od razu biegło mi się lepiej 🙂

Kiedy w trakcie zawodów przeżywam kryzys, to sobie obieram jakiś bliższy cel. Dzielę cały dystans na mniejsze „odcinki”. Trudno bowiem mówić o odcinkach, kiedy celem jest np. odczytanie napisu na koszulce biegacza biegnącego przede mną. Polecam Wam tę metodę – na mnie działa 🙂 Inny sposób, to skupienie się na technice biegu – na oddychaniu, na stawianiu kroków, na pracy mięśni… I jeszcze odliczanie kilometrów do mety – jeszcze 5, jeszcze 3, jeszcze 2, jeszcze 1, już tylko 500 m… Dzisiaj jednym z bardziej motywujących momentów był dla mnie komentarz jednego z Panów, którego wyprzedziłam: „Kobieta mnie wyprzedza, koniec świata” (może to niedosłowny cytat, ale coś w tym stylu). Pan wspomniał też słynne zdanie z „Seksmisji” Juliusza Machulskiego – „Kobieta mnie bije”. Oczywiście komentarz padł w tonie raczej sympatycznym, ale mimo wszystko postanowiłam, że nie dam się temu Panu złapać 😉

Ciekawa jestem, jakie Wy macie sposoby na przezwyciężenie kryzysu 🙂

I dziś tak sobie właśnie dzieliłam dystans na mniejsze odcinki: to za tym podbiegiem napiję się wody, teraz jest pod górę, to znaczy, że zaraz będzie w dół itd.

 
Szczerze podziwiam zawodników, którzy brali dziś udział zarówno w zawodach MTB, jak i biegowych (widziałam po drodze 3 takie Panie, z których dwie były pewnie w wieku mojej Mamy;)).
 
Kiedy zobaczyłam tabliczkę z napisem: „2 km do mety”, to skupiłam się na wypatrywaniu tabliczki z napisem: „1 km do mety”. I faktycznie był taka 😉 I nie powiem, Góra Wójta na sam koniec mnie już trochę zdenerwowała, ale zaraz pojawili się na trasie dopingujący kibice – biegacze, którzy sami już ukończyli swój bieg. To miłe, że komuś po niemałym przecież wysiłku chce się jeszcze wesprzeć słabszych od siebie zawodników.
 
I tak oto, tocząc ze sobą wewnętrzne rozmowy, doturlałam się do mety. Nie powiem, ucieszyłam się jak nigdy, że to już meta i wreszcie koniec tych podbiegów 😉
 
Ale tak sobie myślę, że chętnie wrócę jeszcze na te górki, żeby się trochę po nich przeczołgać 😉
 
 Z medalem – zmęczona, ale zadowolona 🙂
 
 Medal – zawodnicy biorący udział w całym cyklu będą mogli ze swoich medali ułożyć napis 2015 i ustawić medale na podstawce z postaciami rowerzysty lub biegacza.

Biegam i pomagam: Tort Urodzinowy dla Gosi

Czy słyszeliście już o akcji Tort Urodzinowy dla Gosi? Jeśli nie, to najwyższa pora to nadrobić!

Tort Urodzinowy dla Gosi źródło: www.facebook.com/Tort-Urodzinowy-dla-Gosi
 

Oto co o akcji napisał jej pomysłodawca Przemysław Ignaszewski – biegacz i autor bloga Vegenerat Biegowy:


„Urodzinowy Tort dla Gosi jest to cykl biegów w których zamierzam wziąć udział i jednocześnie zbierać środki na rehabilitację oraz leczenie mojej niepełnosprawnej siostrzenicy. U Gosi stwierdzono dziecięce porażenie mózgowe gdy miała 10 miesięcy. Choruje na padaczkę, astmę oskrzelową, i ma problemy okulistyczne (uszkodzenie nerwu wzrokowego w prawym oku ). Większość z tych imprez biegowych są to ultramaratony organizowane na terenie kraju, w trakcie których zamierzam informować zawodników o niniejszej akcji, licząc na wsparcie zarówno w biegu jak i w sprawie wpłat na podane konto. We wrześniu chciałbym przebyć trasę mierzącą 752 kilometry z Morskiego Oka na Hel. Bieg ten będzie tzw. „wisienką na torcie” i symbolizował będzie zakończenie akcji”.

Jeśli jeszcze nie rozliczyliście się z fiskusem, rozważcie wsparcie Gosi 1% swojego podatku! Koniecznie polubcie też fejsbukową stronę akcji, żeby być na bieżąco i żeby w ten sposób okazać swoje wsparcie dla Gosi i jej Wujka.

#tortdlagosi

PS. Tort dla Gosi namalował mój synek, Wojtuś, lat 4,5 🙂

‪#‎tortdlagosi‬ ‪#‎biegajipomagaj‬ ‪#‎1procent

Wesołych Świąt :)

Kochani,
Życzę Wam:
– cudownych Świąt,
– dużo zdrowia – żeby kontuzje, przeziębienia i inne choróbska trzymały się od Was z daleka,
– dużo sił i wytrwałości – do pogoni za kolejną życiówką i ścigania się z samym sobą,
– realizacji wszystkich wiosennych postanowień i planów,
– dużo słońca,
– energii, radości, odwagi ☺,
– wyrozumiałości i umiejętności wybaczania sobie swoich słabości, 
– odkrycia pięknych biegowych ścieżek,
i jeszcze żeby nie zmarzły Wam pisanki  😉
Pamiętajcie, że Święta to taki czas kiedy można sobie trochę odpuścić, naładować akumulatory, aby potem ze zdwojoną siłą zabrać się za realizację swoich marzeń 🙂

Wyniki sportowe: Biegowe podsumowanie marca 2015

Tym razem będzie krótko 😉 Najważniejszym podsumowaniem biegowym marca 2015 było dla mnie ukończenie pierwszego biegu na dystansie półmaratonu.

Relację z tych zawodów – 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego – zamieściłam tutaj.

Treningi w marcu były powrotem do biegania po przymusowej 6-tygodniowej przerwie. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się odzyskać formę na ten wymarzony start.

Rozpoczęłam też jazdę na rowerze, ale na razie z marnym skutkiem – poprzestałam na jednej, i to komunikacyjno-rekreacyjnej, a nie treningowej – przejażdżce. W perspektywie mojego wrześniowego startu w Duathlon Maków Mazowiecki będzie się to musiało wkrótce zmienić.

Przy okazji, zachęcam w kwietniu i maju do udziału w rywalizacji na Endomondo:
https://www.endomondo.com/challenges/21011903

01.04 ruszyła rywalizacja „Biegasz dla siebie, pobiegnij dla innych”.
Raiffeisen Bank Polska S.A przekaże 100 tys. złotych na rzecz Polskiego Towarzystwa Walki z Mukowiscydozą. Ale jest warunek, trzeba wspólnie osiągnąć dystans 10 milionów kilometrów.

Dołącz do Justyny Kowalczyk i wesprzyj tę akcję! Biegasz, to wiesz jak ważny jest każdy oddech!
https://www.endomondo.com/challenges/21011903

I właśnie dlatego biegam z Endomondo!

PS. Możesz dołączyć nawet gdy nie biegasz, wystarczy że chodzisz 🙂

‪#‎biegajipomagaj #biegamipomagam

Zawody biegowe: 10. PZU Półmaraton Warszawski, czyli jeden z celów biegowych na 2015 osiągnięty! :)

Kto czytał mój pierwszy w tym roku wpis na blogu (kto nie czytał zawsze może to teraz nadrobić ;)) ten wie, że jednym z celów na 2015 było ukończenie biegu na dystansie 21,0975 km. I właśnie to zrobiłam! 😀

 
Trasa 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego zapisana na moim Endomondo 🙂

Tak na marginesie, to po cichu liczę, że uda mi się ten wyczyn w tym roku powtórzyć co najmniej jeszcze raz (tak, tak – apetyt rośnie w miarę jedzenia ;)). Okazja nadarzyła się właściwie sama, bo kilka dni temu wygrałam pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbędzie się praktycznie już za miesiąc, 2.05. Tydzień przed moimi 33. urodzinami, więc tym bardziej mam ochotę pojechać. Mam nadzieję, że się uda – każda tego typu przyjemność wiąże się też niestety z wydatkami… Mimo wszystko kontynuujemy z Kubą, moim trenerem, przygotowania półmaratońskie 🙂 W niedzielę wieczorem, kiedy emocje ze startu jeszcze dobrze nie opadły, miałam już w mailu rozpisany plan na kolejny tydzień. Pełen profesjonalizm 🙂

Innym postanowieniem na ten rok było pisanie relacji ze startów na bieżąco, kiedy emocje i wspomnienia są jeszcze bardzo żywe, postaram się więc w miarę szybko opublikować ten post. Małgosiu, to między innymi dla Ciebie 🙂

Niestety, niedziela nie rozpoczęła się dla mnie tak jakbym tego chciała. Ale po kolei…

Po pierwsze, nie mogłam zasnąć. Nie wiem dlaczego, raczej nie z nerwów. Kiedy znalazłam się w łóżku i tak nie było za wcześnie, a tu jeszcze w nocy przestawialiśmy zegarki na czas letni, więc i tak godzinę snu miałam mieć mniej.  Całą sobotę spędziłam poza domem. Może i lepiej, bo nie miałam okazji zbytnio myśleć nad moim debiutanckim niedzielnym startem i niepotrzebnie się denerwować. Minus był taki, że nie miałam do startu nic kompletnie przygotowanego a jak już kiedyś pisałam, wolę sobie wszystko naszykować wieczorem dzień wcześniej: raz – bo rano mogę dłużej pospać ;), dwa – bo nie biegam rano nerwowo po domu, trzy – bo przedłużam w ten sposób przyjemność, jaką mam ze startu w zawodach 😉
Po drodze do domu odebrałam od Brata nr 1 pakiet startowy. Mając małe dzieci, odbiór pakietu przez kogoś innego jest dużym ułatwieniem, więc tym bardziej doceniam, że Brat biega razem ze mną 😉 Z drugiej strony odbierając pakiet osobiście, zwłaszcza na duży bieg (bo zwykle towarzyszy wtedy temu cała biegowa otoczka), można wprowadzić się w biegowy nastrój już dzień wcześniej…

Pakiet startowy a w nim: plecako-worek, numer startowy, czip, koszulka techniczna, worek foliowy na depozyt, naklejki z numerem do naklejenia na worek depozytowy oraz pamiątkowe m.in. z napisem FINISHER, Informator zawodów, napój izotoniczny 4MOVE, ciasteczka zbożowe belVita i kilka ulotek reklamowych od parterów biegu.
 

Po powrocie do domu, zanim położyliśmy dzieciaki spać, trochę się zeszło. Potem przygotowanie do debiutanckiego startu w zawodach na dystansie półmaratonu zajęło mi więcej czasu, niż na inne biegi. Między innymi dlatego, że pakiet startowy wpadł w moje ręce tak późno. Musiałam się nim trochę „nacieszyć”. Uzupełniłam dane osobowe na odwrotnej stronie numeru startowego. Numeru z moim imieniem 🙂 Przeglądałam m.in. informator zawodów – wg mnie, poza samym regulaminem zawodów, to lektura obowiązkowa przed startem w zawodach – kompilacja najważniejszych informacji.

Informator zawodów – lektura obowiązkowa przed biegiem.

Przymierzyłam też oczywiście koszulkę z pakietu startowego.

Koszulka techniczna z pakietu startowego.

I tu pojawił się dylemat czy pobiec w niej, solidaryzując się z innymi biegaczami, czy może w innej… Kiedy wiele tysięcy biegaczy ma na sobie podobny strój, to ma to dla mnie swój urok. Ma się wtedy jeszcze większe poczucie wspólnoty z innymi biegaczami. Jednak, szczerze mówiąc, tak na pierwszy rzut oka, koszulka nie przypadła mi za bardzo do gustu. Jest za mało różowa (różowy to mój ulubiony kolor jeśli chodzi o strój i gadżety do biegania;)). Żartuję, po prostu rozmiarowo to nieco wyrośnięte „M” i jest na mnie trochę za duża („M-ka” za duża – jak cudownie to brzmi;)). I grafika, co prawda oddająca ideę dekady tych zawodów, jakoś mnie nie zachwyciła, ale de gustibus non est disputandum… Poza tym, pomyślałam sobie, że będę mieć o wiele większą przyjemność z noszenia tej koszulki, kiedy już przebędę dystans półmaratoński na własnych nogach. Koszulka czeka więc na swoją biegową premierę, a ja ostatecznie zdecydowałam się pobiec w koszulce adidas Supernova W #climacool od SKLEPBIEGOWY.COM. Ma piękny, energetyczny fioletowo-różowy kolor 🙂

W efekcie tego wszystkiego zasnęłam ok. 3:00, na szczęście już tego nowego, przestawionego czasu. Spałam o wiele za krótko…

Po drugie. Jak nietrudno się domyślić, w efekcie powyższego, rano nie mogłam wstać. Budzik dzwonił, a ja czekałam na kolejną drzemkę i jeszcze kolejną… ale na szczęście jakoś się udało 🙂 Niestety, wstałam z katarem. Na dwa dni przed półmaratonem zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie i zdecydowało się zaatakować bardziej konkretnie właśnie w dniu mojego debiutu. Jakby tego było mało, do kataru dołączył też ból brzucha, bo Matka Natura uznała, że nie zaszkodzi mi przypomnieć, że jestem kobietą… Śniadanie (bułkę z miodem, gdyby ktoś był ciekaw) wcisnęłam w siebie przez rozsądek, bo mój żołądek jeszcze się nie obudził. Połknęłam więc no-spę i zaczęłam się dość żwawo szykować do wyjścia. Zbliżała się umówiona godzina, o której miał przyjść po mnie Brat nr 1, żebyśmy razem pojechali na zawody.
Już po biegu, przeczytałam w relacji Bartka Olszewskiego, znanego jako WarszawskiBiegacz.pl, że on też zażył przed biegiem m.in. no-spę (co prawda z innych powodów ;), jak się domyślam, żeby uniknąć skurczy mięśni). Może więc niepotrzebnie denerwowałam się w niedzielę z rana na Matkę Naturę, ona widocznie chciała dla mnie jak najlepiej 😉

Tego dnia komunikacja miejska w Warszawie była dla uczestników biegu darmowa, bilety zastępował numer startowy.

Bilet warszawskiej komunikacji miejskiej w dniu zawodów 😉
 

Po drodze na Pl. Piłsudskiego, gdzie mieściło się miasteczko zawodów, wyjrzało słońce. Doszłam więc do wniosku, że pewnie za ciepło się ubrałam. Zdecydowałam się na długie legginsy, koszulkę funkcyjną z długim rękawem plus wspominaną wyżej koszulkę z krótkim na wierzch. Poranne 5°C na termometrze i chmury nie zachęciły mnie do biegu na krótko, przecież jestem zmarzluchem;) Na szczęście oprócz czapki przeznaczonej na zimniejsze dni, wrzuciłam do torby moją czapkę z daszkiem. Kiedy jednak przy depozycie zdjęłam kurtkę, zdecydowałam się pozostać w długim rękawku. Choć świeciło słońce, wiał wiatr i było mi (delikatnie mówiąc) dość rześko. Cóż, klasyczny błąd nowicjusza, który musiałam potem skorygować w trakcie biegu 😉

 Miasteczko zawodów na Pl. Piłsudskiego. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem – tłum biegaczy. Nic dziwnego – zawody ukończyło 12 958 zawodników.

Trochę zaskoczyła mnie długość kolejek do tojtojów. W efekcie, sygnał startu usłyszałam, kiedy stałam jeszcze w kolejce do WC Chatki 😉 Nauczka na przyszłość, przybyć na miejsce biegu z odpowiednim wyprzedzeniem! Na szczęście, kiedy dotarłam do swojej strefy startowej, ta dopiero zaczęła ruszać w kierunku linii startu. Już po biegu okazało się, że różnica czasu brutto i netto wyniosła w moim przypadku 10 min i 10 s.

Po raz pierwszy już sam start wywołał u mnie wzruszenie – o mało się nie rozpłakałam już w momencie przekraczania linii startu. Cóż, mam oczy w mokrym miejscu… Najwyraźniej atmosfera i emocje innych ludzi wokół mnie tak mi się udzieliły… A może po prostu z całą mocą dotarło do mnie co zamierzam za chwilę zrobić i jaką to stanowi odmianę od tego co było jeszcze 10 miesięcy temu? Nie wiem, grunt że się jednak opanowałam i wyruszyłam w swój najdalszy i najdłuższy jak do tej pory bieg.

Początek był naprawdę piękny, aż chciało się biec. Ustaliliśmy z Kubą, że spróbuję powtórzyć taktykę z XXXII Biegu Chomiczówki (15 km) – początek miałam przebyć jak najspokojniej, żeby się „nie zagotować” na pierwszych kilometrach, a potem (jeśli tylko będę czuć że dam radę) od ok. 15 km przyspieszyć. Tuż przed podbiegiem nad Al. Jerozolimskimi wyprzedziła mnie, żeby nie powiedzieć, że zmiotła z trasy;), dość zwarta grupka biegnąca za pacemakerem, nie umiem jednak powiedzieć teraz na jakie tempo biegli, ale na pewno nie na 2:20. Trochę mnie to zaskoczyło, bo byłam pewna, że na starcie dołączyliśmy się do oczekujących biegaczy niewiele przed ostatnim pacemakerem, biegnącym właśnie na 2:20. Jak się później okazało, nie była to ostatnia wyprzedzająca mnie tego typu grupka… Usunęłam się więc na bok i spokojnie, swoim tempem dotarłam do pierwszego punktu nawadniania na 5 km. Dobiegłam tam po ok. 33 min, chętnie korzystając z wody. Poczułam w żołądku „chlupnięcie” zimnej wody, co wywołało lekki dyskomfort, ale na szczęście tylko przez chwilę. Biegłam więc sobie dalej spokojnie do 7 km, gdzie był nawrót w stronę Centrum.

Kiedy wbiegłam na ul. Puławską poczułam że jest mi jednak zdecydowanie za ciepło. Przebiegłam tak jeszcze jakiś kawałek, aż w którymś momencie uznałam, że po prostu muszę zdjąć z siebie jedną warstwę. Zdecydowałam, że będzie to koszulka z długim rękawem (ta spodnia, żeby nie było za łatwo ;), ale przynajmniej można ją było zawiązać w pasie). Nie przerywając biegu ściągnęłam ją z siebie i od razu poczułam, że to była właściwa decyzja! Dosłownie jakby ktoś zdjął ze mnie parę kilo! 😉

Na 10 km zameldowałam się po 01:07, czyli nieco szybciej niż w czasie mojego pierwszego oficjalnego startu na 10 km w Biegnij Warszawo 2014. Przyznaję jednak, że w trakcie biegu nie spoglądałam zbyt często na zegarek, a jeśli już, to patrzyłam raczej na pokonany dystans, a nie na tempo. Postanowiłam przede wszystkim cieszyć się z tego startu. Na punkcie nawadniania wypiłam najpierw izotonik, a potem jeszcze trochę wody.

Przy ul. Waryńskiego (mniej więcej w połowie trasy) minęłam grupkę studentów walczących ze swoją „połówką”, jeśli wiecie co mam na myśli 😉 Ten widok wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Niestety, jakoś za późno się zreflektowałam i nie mam żadnego własnego zdjęcia. „Pożyczam” więc to z fejsbukowej strony Fundacji „Maraton Warszawski”, autorstwa P. Andrzeja Chomczyka.

Studenci dzielnie walczyli ze swoją połówką 😉
Żródło: www.facebook.com/FundacjaMaratonWarszawski fot. Andrzej Chomczyk

Odcinek biegnący Trasą Łazienkowską, między Rondem Jazdy Polskiej a zbiegiem w ul. Solec, wspominam bardzo dobrze. Chyba było wtedy trochę z górki 😉 Szczęśliwie minęłam 13 kilometr i zrobiłam kilka fotek zamkniętemu Mostowi Łazienkowskiemu, przez pożar którego trasa biegu musiała niemal w ostatniej chwili ulec zmianie. Nie każdy pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że atestowana przez PZLA trasa musi spełniać różne ściśle określone wymogi (np. musi posiadać określoną różnicę wysokości między startem i metą). Tym bardziej chylę czoła przed Organizatorami, że tak szybko udało im się opracować nową trasę. Moim zdaniem bardzo fajną trasę. Z doświadczenia w organizowaniu imprez związanych z częściowym wyłączeniem ruchu w mieście wiem, że załatwianie tego typu spraw wiąże się z solidną porcją papierkowej roboty, a działałam na znacznie mniejszą skalę. Chapeau bas!

 Szczęśliwa 13-tka i zamknięty Most Łazienkowski.

Kiedy zbiegłam na Wisłostradę poczułam, że trochę wieje i nie było mi już tak przyjemnie. Minęłam Stadion Narodowy, pod którym pierwotnie miała być meta biegu.

 Stadion Narodowy
 
Spotkałam też Babę Jagę, która biegła z czerwonym jabłkiem w ręce (niestety niewidocznym na zdjęciu) i poszukiwała Królewny Śnieżki 😉
 
Baba Jaga 😉

Niedługo po tym spotkaniu zrównała się ze mną grupa biegnąca na 2:20, a potem był punkt odżywiania na 15 km, na którym złapałam kawałek banana, izotonik i chyba jeszcze wodę, już nawet dokładnie nie pamiętam… Na tym punkcie nieco zamarudziłam i grupka z chorągiewką 2:20 trochę mi odskoczyła. Mój zegarek zarejestrował na 15 km czas 01:42:20.

 
Kawałek za punktem odżywiania swoje ciemne wnętrze otworzył przede mną tunel na Wisłostradzie. Było w nim trochę rześko, ale właściwie to można było odpocząć od wiatru i nieco się w nim orzeźwić. Postanowiłam, że po wybiegnięciu z tunelu zacznę przyspieszać. W mojej głowie zaświtała myśl, że może uda mi się pobiec poniżej 2 h 20 min i spróbuję dogonić tę grupkę.
 
Tunel na Wisłostradzie.
Z tunelu, który ciągnie się przez ok. 900 m i jest chyba najdłuższym tunelem drogowym w Polsce, wybiegało się na powierzchnię nieco pod górę. To było w okolicach 16 km. Wtedy poczułam, że moje nogi są jakieś ciężkie. I z zaplanowanego przyspieszania niewiele wyszło. Dopiero kiedy minęłam Stare Miasto udało mi się trochę przyspieszyć. Jednak to nie było już to samo, co w trakcie wspominanego wyżej styczniowego Biegu Chomiczówki, gdzie ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej aktualnej wtedy życiówki na 5 km. Chorągiewka z 2:20 majaczyła mi gdzieś w oddali, ale wciąż była w zasięgu wzroku, co było dla mnie dużą motywacją.
 
Widok na Stare Miasto.
 
Na 17 km zagrzewała biegaczy do boju ekipa z Maratonu Łódzkiego, zachęcając do udziału w biegu na królewskim dystansie. Wiem, że pomyślałam sobie, że maraton to jeszcze sobie na mnie trochę poczeka 😉 Z tą myślą dotarłam do podbiegu, który o dziwo nie był wcale taki zły. Poczułam tylko że nieco poluzowały mi się sznurówki w lewym bucie i zastanawiałam się czy się nie zatrzymać i ich nie przewiązać. Pomyślałam, że jeśli już, to na wszelki wypadek zrobię to za podbiegiem. Bałam się, że jeśli się zatrzymam na podbiegu, to już nie ruszę, a grupka na 2:20 była coraz bliżej…
 
Czy kto widział, jak biegnie króliczek ulicą?
Czy to widział kto, czy to widział kto?
(Skaldowie, „Króliczek”)
 
Kiedy wybiegałam na górę wcale nie miałam ochoty się zatrzymywać. Myślałam tylko o tym, że do mety jest już tak blisko. Zaryzykowałam, że buty się jednak całkiem nie odwiążą (kolejny wniosek na przyszłość – lepiej wiązać buty!). 19 kilometr, kolejny punkt nawadniający. Chyba złapałam izotonik, ale sama już nie wiem 😉 Mimo kostki brukowej pod stopami, po której na zmęczonych mocno nogach biegło mi się bardzo źle, udało mi się wyprzedzić swojego zajączka (czy też raczej króliczka;))!
 
W naszym mieście szukali
króliczka ze świcą,
aż dopadli go, aż znaleźli go… 
Ho, ho! Ho, ho! Ho, ho!
(Skaldowie, „Króliczek”)
 
Nie wiem kiedy minęłam 20 km. Za to wiem, dobrze słyszałam, że kiedy z Miodowej skręcałam w Krakowskie Przedmieście, tłumy kibiców gorąco wszystkich dopingowały. Jeszcze tylko kawałek prosto Krakowskim i skręt w Ossolińskich, zwężenie… I wiem, bardziej chyba czuję, że gdzieś tu zaraz jest meta! Rozglądam się na boki, bo może gdzieś tu jest mój Brat nr 1, który zawsze biega szybciej ode mnie, może moja Przyjaciółka z Mężem… Ale tak naprawdę to wszystkie twarze mi się ze sobą zlewały. Słyszałam tylko, że ktoś krzyknął coś w rodzaju: „Ania biegniesz!” Nie wiem kto to był, ani co dokładnie krzyczał, ale myślę, że to było naprawdę do mnie!
 
I wreszcie jest! Po 21,0975 km! META, na której już regularnie ryczę… ze szczęścia!:)
 
Wcisnęłam odruchowo „stop” na zegarku, ale nawet nie sprawdziłam jaki miałam czas!
Czas jest nieważny! Dostaję gratulacje i medal od Wolontariuszki. Idę dalej, do końca nawet nie wiedząc gdzie, bo jednak byłam trochę oszołomiona. Usłyszałam, że jeden ze sponsorów zachęca do pozowania na swojej ściance. Pozować nie pozowałam, ale zostawiłam na ściance swój podpis.
 
Czas faktycznie nie miał znaczenia 🙂
 
I wtedy zadzwonił do mnie Kuba, poszłam się więc przywitać z moim Trenerem:) Dzięki Niemu mam pamiątkowe zdjęcie z tego ważnego dla mnie momentu 🙂
 
 To ja w mojej koszulce mocy chwilę po przekroczeniu mety 🙂
fot. J. Karasek

Za chwilę skontaktowałam się też z Bratem, który jak się okazało, dobiegł na metę z czasem 02:00:14! On już poszedł odebrać swój depozyt, a mnie czekało jeszcze stanie w dłuuugiej kolejce po jedzenie i upominek od sponsorów biegu w postaci saszetki do biegania. Kiedy stałam w kolejce, przypomniałam sobie o rozciąganiu, więc troszkę się porozciągałam, choć chyba nie najlepiej mi to wyszło;) W tym czasie dotarła do mnie Przyjaciółka z Mężem – moi nieco spóźnieni Kibice na medal 😉

Bardzo dziękuję wszystkim Kibicom – tym osobistym i tym „pożyczonym”. Dzięki Wam biegnie się dużo lżej! 🙂
 
Zostało jeszcze tylko odebranie swoich rzeczy z depozytu. Przybiłam piątkę z Wolontariuszką, która pogratulowała mi ukończenia biegu, co było bardzo miłe. Bardzo się ucieszyłam, że mogę założyć swoją kurtkę, bo folia rozdawana przez organizatorów przestała już wystarczać, mimo przywróconej do łask koszulkowej warstwy numer 2.
 
Ania i Chwała 😉
Przyjaciele odprowadzili nas, mnie i Brata, jeszcze na tramwaj pod Rotundę. Normalnie taki spacer nie byłby dla mnie wyzwaniem, teraz jednak z każdym niemal kolejnym krokiem czułam, że chciałabym jak najszybciej dotrzeć do celu, byle już nie iść;)
 
Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Organizatorom i Wolontariuszom – to był naprawdę piękny, dobrze zorganizowany, godny jubileuszu bieg! Lepszego startu na swój debiut nie mogłabym sobie wymarzyć 🙂
 
 
 Medal
 
I na koniec mój czas. Nie udało się pobiec poniżej 2:20, ale było blisko. Teraz przynajmniej mam co poprawiać;)