Jestem taka piękna

Na tym filmie byłam już jakiś czas temu. Wyciągnęłam Męża do kina i choć Przyjaciółka, gdy jej powiedziałam na jaki film się wybieramy, stwierdziła, że to chyba nienajlepszy pomysł, bo to przecież babski film i się chłopak wynudzi (nie oglądała jeszcze wtedy tego filmu), to on wcale na znudzonego nie wyglądał. Ale ja nie o tym chciałam… Choć może trochę i o tym, bo już na wstępie chciałam zaznaczyć, że to wcale nie jest film „babski”, czyt. tylko dla kobiet.
Czytaj dalej Jestem taka piękna

Umarł blog, niech żyje blog (?)

Czyli o tym gdzie byłam, gdy mnie nie było…

Hmm… Jak widać aktualizacja była już daaawno temu. Aktualnie nie biegam i wyglądam jakbym nigdy nie biegała. Wyglądam, jak ta dawna Ania z lewej. Niestety…

Po powrocie  z urlopu wychowawczego do pracy (październik 2015) coraz trudniej było mi utrzymać biegowy reżim treningowy. Tak, wiem – wymówki, wymówki, wymówki… Ciężko rano wstać, po pracy ważniejsze dzieci i dom a wieczorem najłatwiej zalec na kanapie przed telewizorem… 

W 2016 jeszcze trochę biegałam, brałam udział w zawodach. Nawet próbowałam coś tu napisać (znalezione w roboczych):

Między ciszą a ciszą…
…czyli o tym, gdzie byłam, gdy mnie tu nie było.
Tak, tak – od listopada 2015 nie napisałam ani jednego wpisu na blogu! Marność nad marnościami. Nie o takie lepsze mi chodziło 😉

Regularność biegowa odeszła w zapomnienie. Dobrze, że choć wpisów na blogu nie było, to trochę km jednak udało mi się w tym czasie wybiegać 😉 Co prawda, regularność biegania sprzed biegu maratońskiego poszła w zapomnienie, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 😉

Powrót do pracy wybił mnie z treningowego rytmu na dłuuugo. Stałam się mistrzynią wymówek, choć muszę przyznać, że zdrowie też średnio dopisywało… A to bolący kręgosłup, a to przedłużające się przeziębienia… Zima była łagodna, jednak wciąż „coś” stawało mi na drodze i nie udało się jej solidnie przepracować. Mimo, że w ramach motywacji zapisałam się na Orlen Warsaw Marathon, to za dwa tygodnie nie wystartuję na królewskim dystansie. Może jesienią… Na razie wszystkie ambitne plany odkładam na potem (ale nie na nigdy!). Przecież nie muszę wszystkich biegowych marzeń spełnić w jednym roku 😉

Ostatecznie doszłam do wniosku, że jedyną dla mnie szansą na wyjście z biegowego impasu będzie bieganie rano przed pracą (a ja tak lubię biegać nocą!).

Kilka razy udało mi się nawet wcielić ten plan w życie. Mam nadzieję, że wraz z nadejściem wiosny i coraz cieplejszymi i dłuższymi dniami będzie mi łatwiej się przestawić (czyt. wstawać z łóżka ;)). Do tej pory biegałam wieczorami i bieganie rano mnie bardziej męczy. Przyznaję jednak, że te chwile, kiedy świat dopiero budzi się do życia, mają w sobie coś magicznego… Widok nieba o wschodzie słońca także jest niezłym bonusem, dlatego będę dalej próbować polubić bieganie o poranku. Ta pora wydaje się być optymalna i bezkolizyjna dla spraw rodzinno-domowych.

18.04.2016 r.

Poza ustaleniem optymalnej pory na aktywność, wiele więcej się nie działo 😉 Poniżej wstawiam kilka fotek z 2016.

Policz się z cukrzycą – styczeń 2016
11. PZU Półmaraton Warszawski – 03.04.2016 – #BiegamDobrze po raz drugi

 Wieliszewski Crossing 2016 – Zima

 Wieliszewski Crossing 2016 – Wiosna
 Wieliszewski Crossing 2016 – Lato

 26. Bieg Konstytucji 3 Maja

Bieg PAST-y i 26. Powstania Warszawskiego
Samsung Irena Women’s Run – wrzesień 2016

Wieliszewski Crossing 2016 – Jesień

W 2017 były już tylko okolicznościowe zrywy rzędu 5 km „w pięknych okolicznościach przyrody”. Chociaż ukończyłam też jeden półmaraton (warszawski). Tak z marszu – i częściowo (ale tylko na podbiegach;)) też marszem… Bo przecież „Biegam Dobrze„.

12. Półmaraton Warszawski – #BiegamDobrze po raz trzeci

Wieliszewski Crossing 2017 – Wiosna

Bieg Konstytucji 3 Maja 2017

 5 km (lub coś koło tego) nad morzem – lipiec 2017

 11.11.2017 Bieg Niepodległości w Warszawie – mój ostatni udział w zawodach.

Blog – ten tutaj – umarł całkiem [czyt. ja go uśmierciłam], a przecież tak bardzo lubię pisać… Znaki życia dawałam tylko na FB i IG.
W lutym 2018, kiedy w końcu postanowiłam się ogarnąć (bo waga niebezpiecznie zbliżyła się do tej starej, tej z okresu zanim w ogóle zaczęłam biegać), neurolog oznajmił mi że bieganie nie jest dla mnie, osoby chorującej na Hashimoto, najlepszym sportem… Ani bieganie, ani fitness, powinnam wybrać raczej pilates, jogę… 
Próbowałam. Przecież jestem dumną posiadaczką karty Multisport, a jakże! Ale od posiadania do korzystania droga kręta, wyboista i jeszcze pod górę… Zawsze było „coś”, jakiś rozpraszacz, wymówka… Zwał, jak zwał.

 „Klucz do sukcesu” okazał się jedynie… kluczem do szafki w fitness klubie

Potem jeszcze doszły problemy z kręgosłupem. W maju wysiadł mi odcinek lędźwiowy – nie można bezkarnie siedzieć po kilka godzin za biurkiem przed ekranem komputera, wysiadywać nadgodzin w pracy. Organizm w końcu upomni się o swoje, o należną mu uwagę i troskę. To już całkiem skomplikowało kwestię powrotu do biegania.
Ale przecież ja i tak zawsze jestem w biegu – ciągle gdzieś ganiam, łapię kilka srok za ogon… W głowie toczy się nieustanna gonitwa myśli – podobno Hashimoto tak działa. Szczerze – sama już nie wiem, może po prostu taka już jestem… Zakręcona, zabiegana… ZabiegAnna po prostu 😉
Na razie bieganie zamieniłam na rower i maszerowanie. No i rehabilitację. Próbuję naprawić to co zepsułam. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła biegać. W końcu kilka biegowych marzeń pozostaje niezrealizowanych… Jak choćby start w triathlonie. Na razie tylko sztafetę udało się zrobić. Nawet dwie (w 2016), z czego jedną w ukochanej Gdyni (podczas Enea Ironman 70.3 powered by Herbalife). Zawsze coś 😉

GIT Piaseczno i IRONMAN 70.3 Gdynia – sztefeta triathlonowa (2016)

Dobrze, że rower daje mi to samo poczucie wolności. Bo to jest dla mnie główna motywacja do tego, żeby się ruszać. Czasami po prostu muszę uciec. Od problemów, od otaczającego świata… Uciec i uspokoić ten codzienny kołowrotek myśli.

 Rower to wolność. Tak samo jak bieganie dobrze robi na głowę. Najlepiej w kasku oczywiście.
Teraz rozpoczynam projekt „down size me” – bo jednak lepiej się czuję w rozmiarze S niż L. Skoro tak – to trzeba zacisnąć zęby i przestać użalać się nad sobą, czy szukać wymówek. Wiem, że tak jest. Znam to – przecież już raz to przerabiałam. Zobaczymy dokąd tym razem zaprowadzą mnie zabiegane ścieżki życia. Wierzę, że do czegoś dobrego…

Edit: To zdjęcia z Ecco Walkathon 2017. Zdjęcia dodane już po publikacji wpisu, bo to z napisem META pasowało mi jako ilustracja na koniec tego wpisu, ale to z balonikiem jest fajniejsze ;P