Szybko po Woli i City Trail, czyli cały dzień w biegu

12.10.2014 r. wzięłam udział w dwóch biegach – zamykającym cykl Szybko po Woli i w inaugurującym Grand Prix City Trail. Pierwszy startował o 10:00, drugi o 15:00. I jak na biegowy dzień przystało, rozpoczęłam go… biegająco;)

Szybko na Wolę, czyli „Szybko po Woli”

Po pierwsze – zaspałam! W biegu śniadanie, biegiem na autobus, biegiem do biura zawodów, które miało być zamknięte na 15 minut przed startem… Wolałam zdać się na komunikację miejską, bo obawiałam się, że mogłabym mieć trudności z parkowaniem. Poza tym, mogłam na bieg dojechać jednym autobusem. Na miejscu okazało się, że z parkowaniem problemu by nie było, a w kolejce do biura zawodów nie byłam ostatnia;) Trochę obawiałam się, że nie „ogarnę” trasy, która wiodła dość krętymi alejkami Parku Szymańskiego, którego dobrze nie znałam. W trakcie biegu okazało się, że obawiałam się niepotrzebnie, bo trasa była dobrze oznakowana.

Trasa biegu Szybko po Woli.
Źródło: www.szybkopowoli.pl

Szybko po Woli był cyklem 6 biegów na dystansie 10 km, który odbywał się we wspomnianym Parku Szymańskiego na warszawskiej Woli. Tym razem nie miałam szans na medal, bo warunkiem otrzymania takowego było ukończenie trzech z rozegranych wcześniej 5 biegów (szósty bieg nie był uwzględniany w klasyfikacji cyklu). No, ale nie dla medali przecież biegam (choć dla mnie osobiście są one miłą pamiątką udziału w biegu), więc postanowiłam się zapisać.

Trasa biegu była wytyczona po 2500 m pętli, którą trzeba było pokonać czterokrotnie. Pomiar czasu odbywał się na podstawie odczytu kodu kreskowego znajdującego się na zwrotnym numerze startowym. Pierwszy raz uczestniczyłam w biegu, w którym nie było chipów. Skoro mowa o czasie, to udało mi się ukończyć bieg z wynikiem 01:01:40. Mimo, że zajęłam 87 miejsce na 95 możliwych w kategorii open (uplasowałam się więc pod koniec stawki), to był to mój najlepszy jak do tej pory wynik na tym dystansie:) Zwycięzca biegu, Bartosz Olszewski z klubu Warszawiaky (czas 00:33:40) i znany szerzej jako warszawskibiegacz.pl, kończył drugie okrążenie, kiedy ja kończyłam swoje pierwsze;) Logo biegu, ślimak, ma więc ze mną dużo wspólnego;) Najlepsza wśród pań była Agnieszka Sulik (Dead on Arrival, czas 00:42:28).

Numer startowy ze ślimakiem.

Po biegu odbyło się wręczanie nagród zwycięzcom biegu, jak i całego cyklu. W zasadzie chyba każdy uczestnik trzech biegów z cyklu otrzymywał upominek od Organizatorów. Na koniec było losowanie nagród dla wszystkich uczestników ostatniego biegu, którzy wrzucili do specjalnego pudełka karteczkę ze swoim numerem startowym. Udało i mi się wylosować upominek zwany „bufhalfem”*. Przy okazji dowiedziałam się, że tak się nazywa wielofunkcyjna opaska (komin), która może posłużyć jako opaska właśnie, szalik lub czapeczka. Każdy pewnie może z niej sobie „ukręcić” element garderoby według własnego uznania:)

„Bufhalf” – nagroda w losowaniu

Bieg odbywał się raczej w kameralnej i bardzo sympatycznej atmosferze. Uśmiechnięci Wolontariusze na trasie, Prowadzący imprezę Jan Goleń odczytujący nazwiska osób przekraczających bramę mety na każdym okrążeniu, grupka dopingujących Kibiców przy mecie… Po pierwszym okrążeniu zobaczyłam wśród nich Brata, który przyjechał mi pokibicować. Taka niespodzianka:) No i dzięki Bratu mam kilka zdjęć z biegu.

Każde okrążenie starałam się pokonać z uśmiechem:)

Na uczestników biegu za linią mety był punkt z wodą i izotonikiem, który czekał na biegaczy po każdym okrążeniu. A po biegu woda, banany i drożdżówki. Jedynie „tojtoje” dojechały z poślizgiem, już po starcie, ale na miejscu były parkowe, tylko nie wiem w jakim stanie, bo nie sprawdzałam;)

Mam nadzieję, że „Szybko po Woli” będzie odbywać się w przyszłym roku, bo udział w biegu finałowym zachęcił mnie do udziału w kolejnym cyklu.

Na mecie:)

* zapewne od opasek firmy Buff®, więc może zapis „Buff Half „byłby tu bardziej odpowiedni, nie mam jednak pewności, bo z tą nazwą miałam styczność po raz pierwszy, a na moim bufhalfie żadne logo nie stoi;) Powyższy zapis jest wynikiem moich osobistych dociekań, które polegały na odtworzeniu nazwy owego przedmiotu zasłyszanej po raz pierwszy i skojarzenia jej (wyleciała mi zaraz po biegu z głowy) z opaskami wyżej wymienionej marki:) To tak jak adidasy i adidas;)

Goniąc (na) start, czyli „City Trail

Z Woli szybko wróciłam do domu, tam błyskawicznie się ogarnęłam i pojechałam, tym razem samochodem, na Młociny. Po drodze zgarnęłam Brata. Domyślałam się, że może być problem z parkowaniem, ale komunikacją byśmy nie zdążyli. Na miejscu okazało się, że tym razem słusznie się obawiałam, bo faktycznie nie było wolnych miejsc parkingowych. Był już kwadrans po 14:00, a biuro zawodów miało być czynne do 14:30. Brat wysiadł więc, żeby mógł nas zapisać na bieg (przegapiliśmy termin zapisów przez internet), a ja wyruszyłam z misją zaparkowania mojej Błękitnej Strzały. Planowałam porzucić ją po drugiej stronie ul. Pułkowej (nie Pułkowskiej, jak informowała wolontariuszka biegu) i teleportować się (przecież musiałam się przemieścić się błyskawicznie, tylko teleportacja wchodziła więc w grę;)) na polanę w Lesie Młocińskim.

O ile z parkowaniem szczęśliwie poszło gładko, to z teleportacją szło gorzej i musiałam użyć swoich nóg, żeby się dostać do biura zawodów. Oczywiście nogi musiały biec (a ja na nich;)).
Kiedy dotarłam na miejsce, podpisałam oświadczenie uczestnika (pobrane i wypełnione już przez Brata) oraz odebrałam zwrotny numer startowy – 512, który będzie obowiązywał w całym cyklu i (także zwrotnego) chipa – do pomiarów czasu.

Numer startowy obowiązujący w całym cyklu GP City Trail Warszawa.

Pewnie zdążyłabym zapisać się w biurze osobiście, bo szczęśliwie działało jednak dłużej. Jednak start miał być już za 15 min, a od biura zawodów miejsce startu było oddalone o 1,3 km. Zostawiliśmy rzeczy w depozycie i początkowo szybkim, a potem jeszcze szybszym krokiem ruszyliśmy na miejsce startu. Końcówkę przebiegliśmy:) Przynajmniej mieliśmy możliwość rozgrzania się przed biegiem, bo wystartowaliśmy chyba w 3 minuty po dotarciu na linię startu.

Tuż przed startem.

Trasa biegu była dobrze oznakowana, widziałam numer każdego pokonanego kilometra. Biegłam w miarę równym tempem. Trasa składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli. Pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie.

 Trasa biegu City Trail Warszawa
Źródło: www.citytrail.pl

Trasę udało mi się pokonać z czasem 30:31 brutto. Zegarek pokazał nawet lepszy czas:), bo mierzyłam go od momentu przekroczenia linii startu do mety.

 Mój pomiar czasu.
Bieg ukończyło 326 osób. Zawody wygrał Artur Jabłoński (Dream Run) z czasem 00:16:05. W kategorii open zajęłam 266 miejsce. Wśród kobiet najlepsza okazała się Joanna Schab (Aletempo) z czasem 00:19:20. W kategorii kobiet zajęłam miejsce 87/128, w kategorii K30 51/65.

Trasę i miejsce biegu wspominam sympatycznie. Jednak uważam że organizacyjnie kilka rzeczy można poprawić.
1. Nie wiem, czy dobrym pomysłem było oddalenie startu od biura zawodów – miejsca gdzie odbiera się numery startowe i gdzie znajduje się depozyt oraz przebieralnia. Biuro zawodów (dla mnie to akurat dobrze;)) działało niemal do ostatniej chwili przed startem, więc może to wskazywać na to, że ilość uczestników zaskoczyła Organizatorów. Choć z drugiej strony można też zastosować powiedzenie – „Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi”, więc się tego oddalenia startu od biura zawodów tak mocno nie czepiam;). Można jednak było ustawić jeszcze kilka znaków po drodze ze strzałkami wskazującymi miejsce startu. Tak, żeby było wiadomo, że idzie się we właściwym kierunku:)
2. Przebieralnia – właściwie była jedynie zadaszeniem (namiot bez ścianek bocznych). Myślę, że niektóre osoby mogły czuć się skrępowane przebierając się publicznie. Nie każdy ma ochotę świecić gatkami, tudzież biustonoszem przed innymi.
3. Nie widziałam „tojtojów” w pobliżu biura zawodów. Może hasło biegu „Krok do natury” potraktowane zostało w tym aspekcie zbyt dosłownie;)
4. Miejsca parkingowe – tu właściwie nie ma co narzekać, bo miejsc parkingowych było tyle ile było. W końcu zawody odbywały się w Parku, miejscu ogólnodostępnym, nie wyłączonym z normalnego ruchu. Jednym udało się więc zaparkować bliżej, innym dalej. Pewnie fakt, że tego samego dnia odbywały się wyścigi osób biegających z psami miał tutaj także znaczenie, część miejsc była jeszcze zajęta przez ich uczestników. Ale nigdy nie byłam w Parku Młocińskim w niedzielę, więc nie wiem jak tam sytuacja wygląda kiedy nie odbywają się żadne imprezy. Może wcale nie jest lepiej;) Szkoda tylko, że dopuszczono, aby jeden z samochodów stanął na trasie biegu. Organizatorzy co prawda ostrzegali później w tym miejscu w trakcie biegu o nagłym zwężeniu trasy, ale to jedno miejsce chyba można było jakoś zarezerwować.
5. Kosze na śmiecie – a raczej ich brak przy punktach żywieniowych. Można chyba było przygotować jakieś worki na śmiecie.

Są to jednak tylko drobne uwagi, które nie rzutują na całokształt tej sympatycznej imprezy. Mam nadzieję, że będę mogła wziąć udział we wszystkich biegach z tego cyklu. Przynajmniej tak planuję:)

Numer 512 melduje się na mecie:)

Bieganie jest przyjazne – Bemowski Bieg Przyjaźni

W niedzielę 21.09.2014 r. wzięłam udział w Bemowskim Biegu Przyjaźni (BBP). I choć kompletnie się tego nie spodziewałam zrobiłam swoją życiówkę:) Chyba udzieliła mi się atmosfera – w końcu był to bieg Przodowniczek i Przodowników Pracy;)


Tegoroczny BBP odbywał się pod hasłem: „200% treningowej normy dla lepszej formy”. Nie bardzo mogłam się pod nim podpisać, bo w tygodniu poprzedzającym zawody dopadło mnie przeziębienie i start w Biegu był pierwszym biegiem po chorobie. Na Bieg poszłam jednak w nadziei, że choć w tydzień formy nie da się wypracować, to w tydzień się jej nie traci;)
 
W BBP startował też mój Brat nr 1, tylko nie biegliśmy razem, bo mężczyźni startowali 45 minut później (start Biegu Przodowniczek Pracy był o godz. 12:15). Zresztą Brat szybciej biega, więc i tak nie bieglibyśmy za długo noga w nogę;)
 
Synek nr 1 poszedł z Tatą na przedstawienie do teatru Baj, więc młodszy miał zostać tym razem z Dziadkami (moimi Rodzicami), którzy też mieszkają na Bemowie. Ale ostatecznie wyszło inaczej, bo Tata wpadł na pomysł, że skoro bieg jest na Bemowie, to pójdą z Mamą razem z wnuczkiem nam pokibicować. Po raz pierwszy w trakcie zawodów towarzyszyła mi Rodzinka w tak szerokim składzie (na koniec, już po moim biegu, na miejsce dotarł jeszcze Mąż z Synkiem nr 1 – zdążyli jeszcze pokibicować Szwagrowi, tudzież Wujkowi). Przynajmniej była okazja, aby rodzinnie spędzić niedzielę:) Synek nr 2 przespał co prawda cały mój bieg, ale miał wtedy niecałe 9 miesięcy, więc mogę mu to wybaczyć;) Za to zobaczyć na trasie „swoich” kibiców – bezcenne:)

Klimat Biegu nawiązywał do czasów PRL, stąd ci Przodownicy. Po biegu można było odebrać pakiet towarów luksusowych na tzw. kartki:)

Koszulka biegu, numer startowy i kartki na towary luksusowe.
 

A w skład pakietu wchodził m.in. papier toaletowy Serwus;).

Kultowy papier Serwus
 

Załapałam się jeszcze na numer imienny z napisem Tow. Anna (warunkiem otrzymania imiennego numeru była internetowa rejestracja do 12.09.2014).

 
 

Pod Urząd Dzielnicy Bemowo, na tyłach którego zlokalizowane zostały start i meta, przyszliśmy z Bratem na piechotę (reszta pojechała już autobusem), pokonując szybkim marszem ok. 1,5 km. Rozgrzewkę przed bieganiem miałam więc zaliczoną. I dobrze, bo przybyłam na miejsce prawie w ostatniej chwili.

Trasa BBP liczyła 5 km (dwie pętle po 2500 m) i kluczyła po uliczkach Osiedla „Przyjaźń”. To osiedle drewnianych baraków powstało dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki, a po zakończeniu budowy zostało przekazane warszawskim uczelniom. Obecnie w drewnianych domkach mieszczą się akademiki studenckie. Pętla składała się właściwie z kilku mniejszych „pętli”.

 
Trasa Bemowskiego Biegu Przyjaźni, źródło: www.biegbemowa.pl

Może przez tę ilość zakrętów, a może dlatego, że nigdy w Osiedle się nie zagłębiałam (zdarzało mi się bywać jedynie na jego obrzeżach) nie bardzo mogłam się zorientować w którym miejscu trasy aktualnie się znajduję. Biegło mi się tego dnia wyjątkowo ciężko. Z upragnieniem, już na pierwszej pętli, wyglądałam punktu z wodą (bo nie wzięłam swojej wody – nauczka na kolejne starty – lepiej mieć ze sobą coś do picia). Po drodze zarejestrowałam tylko oznaczenie „4 km”, ale na pierwszej pętli niewiele mi to pomogło;) Za to łyk wody już tak:) W 2-3 miejscach trzeba było uważać na rozkwaszone na asfalcie jabłka, bo można było się na nich poślizgnąć.


Zdjęcia z trasy, fot. Zbigniew Mamla
 

Kiedy kończyłam pierwszą pętlę, zobaczyłam swoją rodzinkę. Mama chciała mi zrobić zdjęcie, nawet jej pomachałam, ale (jak się potem okazało) udało jej się uchwycić jedynie kawałek mojej nogi;) Kiedy przebiegałam pod bramą startową po 2,5 km czułam się tak jakbym już przebiegła 5 km. Pamiętam, że zdziwiłam się nawet, że zegarek pokazuje czas ok. 15 min. Biegłam więc dalej, z utęsknieniem wypatrując znaku z tym wcześniej zauważonym „4 km”. No i tego punktu z wodą. Kiedy go minęłam przyspieszyłam, bo zorientowałam się że może uda mi się osiągnąć czas ok. 30 min. I faktycznie się udało:) Uzyskałam czas netto 00:29:13, który jest moją życiówką. Po raz pierwszy „złamałam” 30 min na dystansie 5 km. Fajne uczucie:)

Radość z życiówki:)


Pragnienie na mecie można było ugasić rozdawaną tam wodą, węglowodany uzupełnić kanapką z pieczywa chrupkiego, a biegowy wysiłek zostawał uwieńczony medalem. Była też okazja spróbowania napoju izotonicznego jednego ze sponsorów (także dostępnego na kartki;)), ale mi osobiście niezbyt on smakował.

Organizatorzy BBP zachęcali też do wzięcia udziału w konkursie na najciekawsze przebranie. Na trasie można więc było spotkać bufetową, wzorową uczennicę, a nawet przodowniczkę pracy w koszuli w kratę, w roboczych ogrodniczkach i berecie. Może w przyszłym roku i ja się przebiorę? Bo mam nadzieję, że to nie ostatnia edycja BBP:)

 Medal Bemowskiego Biegu Przyjaźni.

Po moim biegu kibicowaliśmy Bratu, który też zrobił swoją „życiówkę”. A potem wszyscy razem pojechaliśmy do Rodziców na niedzielny obiadek;)

Wyzwanie „100 km w miesiąc” vol. 1

We wrześniu podjęłam wyzwanie przebiegnięcia 100 km w miesiąc od Aga4Run. Agnieszka w ten sposób postanowiła nagrodzić swoich fanów na Facebooku – 100 fanów => 100 „lajków” =>100 km biegiem w miesiąc. Śledziłam Jej postępy i pod wpływem chwili , czytając podsumowanie „wyzwaniowego” miesiąca, postanowiłam podjąć wyzwanie rzucone przez Nią każdemu biegowemu amatorowi na blogu. „A co,?! – pomyślałam – nie dam rady?! Przecież jestem w stanie przebiec 25 km w tygodniu, miesiąc ma ich mniej więcej 4 – to tak z grubsza licząc powinno się udać”. Ale niestety się nie udało:(

Do ukończenia wyzwania zabrakło mi 19,41 km. Czyli 1/5 zakładanego dystansu. Dużo i niedużo jednocześnie. Wiem, że są tacy, którzy potrafią przebiec cały ten dystans w jeden dzień, ale do tego poziomu wiele mi brakuje, więcej – takiego poziomu pewnie nigdy nie osiągnę. Ale tu nie o to chodziło. W końcu wyzwanie skierowane było do amatora. Chodziło o sprawdzenie się, o wypracowanie regularności w treningach, dodatkową motywację… Niestety, czasem jest tak, że my chcemy zrobić jedno, ale życie ma inne plany. W trakcie wyzwania dopadło mnie przeziębienie. Cały tydzień „wyleciał” mi z treningów. Postanowiłam więc, że wyzwanie przedłużę do 5.10 – czyli o tyle dni, ile zabrało mi przeziębienie. Niestety, nie pomogło.
W minionym tygodniu biegałam tylko dwa razy. Kiedy jest się mamą nie zawsze jest się panią własnego czasu. Przynajmniej mi nie zawsze się to udaje. Bo ja planuję jedno, a dzieje się drugie. Swoje bieganie muszę dostosowywać do mojego młodszego Synka, który ma 9 m-cy i którego nadal karmię piersią. I który jest do mnie z tego powodu baaardzo przywiązany;) Czasami po prostu nie uśnie beze mnie, nie pomaga nawet mleczko zostawione w butelce. Smoczek to nie to samo, z tego chyba powodu nie używa też smoczka-uspokajacza. Żaden mu się nie podobał. Staramy się to zmienić (to uzależnienie od mamy), bo jest to problem nie tylko ze spaniem, ale i z jedzeniem – ciężko go namówić do zjedzenia czegoś innego i zaczynam się tym poważnie martwić, bo przecież powinien w tym wieku jeść o wiele więcej. Tą swoją niechęcią do jedzenia zaskoczył i nas ,i innych członków rodziny (starszy Synek też nie należał do dzieci chętnie jedzących, ale problemy zaczęły się później, na etapie wprowadzania grudek, a nie już na samym wstępie). Jedyny sposób na tego małego niejadka (choć na zabiedzonego to on nie wygląda;)), to ciągłe próbowanie, szukanie patentu na zachęcenie go do próbowania nowych smaków. Będąc rodzicem trzeba się czasem wznieść na wyższe pokłady kreatywności;) Nie idzie to wszystko jednak tak szybko jakbyśmy chcieli. Czasami mam wręcz wrażenie, że idzie to w zupełnie inną stronę, niż byśmy tego pragnęli. No, ale to odrębny temat, chciałam jedynie przybliżyć aktualną sytuację rodzinną;)
W tym tygodniu mój mleczkozależny Synek na dodatek był chory (starszy Synek zresztą też), więc domagał się większej uwagi niż zwykle. Nie marudzę, po prostu mówię jak jest:) Żeby się za bardzo nie rozwodzić nad wątkiem tylko pobocznie związanym z tematem – krótko mówiąc – ten dodatkowy tydzień niewiele zmienił w sytuacji wyzwania. Przebiegłam tylko połowę dystansu potrzebnego do jego ukończenia. I tak, czuję niedosyt i jest mi lekko niewygodnie z tym, że się nie udało, ale nie ma co biadolić, tylko jest kolejny miesiąc, więc ogłaszam „Wyzwanie 100 km” vol. 2:)
Spróbuję w miesiąc (tym razem od 06.10 do 05.11) pokonać jednak te 100 km, bo wiem, że jest to w moim fizycznym zasięgu. Będzie okazja zwiększyć kilometraż w pojedynczym treningu. W końcu jeśli w przyszłym roku mam przebiec półmaraton (lub dwa;)), to samo się nie zrobi!

Lektury w biegu

Lektury w biegu – dosłownie i w przenośni – o bieganiu, biegaczach i dla biegaczy (ale nie tylko!) oraz dlatego, że na czytanie wciąż brakuje mi czasu… 🙁 Znajdziesz tu moje recenzje książek oraz lekcje z lektur.