Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było “okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.

Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Na początku biegło mi się bardzo ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)). Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok. km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, nawet truchtanie nie wchodziło w grę.

Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3 km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej 5:00.

Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało “pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim mniej “rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie, właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego.
Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz “Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

Zawody biegowe: Fotorelacja z The Color Run by PZU – najweselszych 5 km :)

Co tu dużo pisać – najlepiej sami to zobaczcie 😉 Było kolorowo, radośnie, energetycznie.

Tuż przed startem 🙂
 Jeszcze czysta 😉
Razem z Dziewczynami z Aktywnie Bardzo “namierzyłyśmy Panią Basię Tukendorf – uczestniczkę “Odchudzania na śniadanie” w Pytaniu na Śniadanie. Niezwykle radosna i energiczna osoba! 🙂
 Tęczysław 😉
Ekipa RadioZet zagrzewała nas do startu!
Trochę się pokolorowałam 🙂
Z Lena Biega <3 🙂
Finałowy festiwal koloru, choć niestety nie udało mi się uchwycić kulminacyjnego momentu 🙁
 Z Mileną i Justyną z Aktywnie Bardzo

Przed i po 😉

Wrażenia z powrotu do domu tramwajem bezcenne 😉

Później coś jeszcze na temat tego biegu napiszę 😉 Niech moc kolorów będzie z Wami! 🙂

#happiest5k #thecolorrun #zawodybiegowe #biegna5km #kolor #radość

Zawody biegowe: PKO Półmaraton Sopot – najbardziej kolorowy i wesoły bieg, w którym brałam udział :)

Z Sopotu wróciłam bez życiówki, bez medalu i w dodatku meldując się na mecie jako ostatnia, ale to właśnie podczas tego biegu usłyszałam: “Jesteś najlepsza!” 🙂

Pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbywał się 02.05 wygrałam w konkursie na Facebooku. Miała pojechać ze mną Przyjaciółka. To miał być taki majówkowy babski weekend. Niestety, nie mogła mi towarzyszyć. Wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Wtedy dowiedziałam się, że pakiety startowe na ten bieg wygrały także inne blogerki: Magda FlyingShoes, Magda LenaBiega i Iza Fit Fighterka. Postanowiłam więc zapytać, czy nie przygarną mnie do swojej ekipy. I ku mojej wielkiej radości, zgodziły się 🙂 Towarzyszyła nam jeszcze Ania La vida es mentolada, która nie biegła, za to była naszą Kibicką nr 1 🙂

Dziewczyny wykupiły bilety na Polski Bus jeszcze zanim się z nimi umówiłam. Kiedy chciałam kupić bilet, nie było już miejsc na poranne kursy. Żeby nie tracić za dużo czasu, do Sopotu pojechałam Pendolino. Bardzo komfortowa podróż, 3h i jesteś nad morzem, tylko bilety mogłyby być tańsze 😉

Jednak tak zaplanować podróż, to chyba tylko ja potrafię 🙂 Kupowałam sobie miejsce od okna a okazało się że miałam od korytarza. Żeby było jeszcze lepiej, to pociąg jechał do Gdyni a nie, jak niesłusznie zakładałam, tylko do Gdańska (skąd mi się to wzięło to nie wiem) i zatrzymywał się na stacji Sopot, gdzie docelowo miałam wysiąść. To tylko 10 min jazdy więcej, a ja musiałabym w Gdańsku wysiąść, żeby się przesiąść do SKM 🙂 Zorientowałam się w swojej pomyłce jeszcze na dworcu w Warszawie, pytałam więc pana w informacji, czy mogę jakoś dopłacić, żeby dojechać do Sopotu bez przesiadki w Gdańsku, ale już nie było czasu na przebukowanie biletu. Poszłam jednak do kierownika pociągu i okazało się, że mogę na tym bilecie dojechać do Sopotu. A i tak siedziałam pod oknem 🙂 Pani, która jechała z córeczką miała 2 miejsca pod oknem, jedno za drugim i chciała się ze mną zamienić, żeby mogła siedzieć razem z dzieckiem. Numeracja siedzeń w Pendolino ma swoją własną logikę i numery po kolei nie są obok siebie, np. 12 jest obok 18, 13 nie ma wcale. Podobno to numeracja z pociągów z przedziałami. Ale po co? Gdybyście się wybierali w podróż z kimś jeszcze i chcieli siedzieć obok niego, to uważajcie na numerki 🙂

 
Pierwsza podróż naszym TGV zaliczona 😉
W efekcie wyboru różnych środków transportu, spotkałyśmy się z Dziewczynami dopiero na miejscu w Sopocie. Piątek upłynął nam pod znakiem dobrego jedzenia, moknięcia w deszczu (dopiero po południu wyjrzało słońce), nabijania pieszo wielu kilometrów, odbioru pakietów startowych i Pasta Party w Ergo Arena, gdzie było biuro zawodów i robienia setek zdjęć.

Niestety, moje zdjęcia wcięło 🙁 Właśnie to odkryłam i zrobiło mi się smutno 🙁 Tyle pięknych i radosnych chwil… Nie wszystkie zdjęcia wrzucałam na Facebooka. Od jakiegoś czasu szwankuje mi karta pamięci w telefonie. Chyba najwyższa pora zrobić z nią porządek! Na szczęście część zdjęć udało mi się ściągnąć od Dziewczyn 🙂

 Gofry najlepiej smakują nad morzem 🙂
Ja, Iza, Ania i dwie Magdy
Biegamy 🙂
 
 Tworzyłyśmy bardzo kolorową i wesołą ekipę 🙂
Wyjazd blogerski, więc selfie musi być 🙂
 
  
 Pozujemy pod ERGO Areną. W środku Projekt Marcel.

Piątek minął szybko, wróciłyśmy do domu wieczorem, trzeba było się więc szybko kłaść spać, żeby mieć siły na rano.

 
 

W sobotę rano wystroiłyśmy się w tiulowe spódniczki 🙂 Każda z nas wybrała inny kolor, bo im bardziej kolorowo, tym lepiej 😉

 
Nasze stroje przyciągały uwagę, ale też wywoływały uśmiech na twarzy kibiców i przechodniów.

Wszystkie pobiegłyśmy dla 18-letniej Magdy, która urodziła się ze złożoną wadą serca i zbiera pieniądze m.in. na operację wszczepienia bioprotezy zastawki. W ramach charytatywnych akcji prowadzonych w trakcie wielu imprez biegowych sponsorowanych przez PKO Bank Polski można pobiec dla osób takich jak Magda, które potrzebują pieniędzy na leczenie. Żeby to zrobić wystarczy pobrać przed biegiem kartkę z napisem “biegnę dla…” we wskazanym wcześniej miejscu i wpisać się na listę. Warunkiem wypłaty świadczenia przed Fundację PKO BP jest udział w akcji określonej liczby osób. Dlatego nie wahajcie się biec z białą karteczką na plecach 🙂 Informacje o bieżących wydarzeniach można znaleźć na fejsbukowej stronie akcji PKO Biegajmy Razem.

Wszystkie pobiegłyśmy dla 18-letniej Magdy

Biegłyśmy razem przede wszystkim dla zabawy i chciałyśmy zrobić życiówkę dla Magdy (Lena Biega), która miała czas ok. 2:30. Zaczęłyśmy w tempie 6:10 min/km. Chyba jednak za dużo skakałyśmy i od 10 km Lenie kolano odmówiło posłuszeństwa. Musiałyśmy znacznie zwolnić, żeby na koniec (od 17 km) po prostu maszerować. Zamykałyśmy cały bieg, musiałyśmy nawet uciekać przed quadem z sędzią ;). Na koniec dołączyła do nas Ania, nasza dzielna kibicka i zaplecze logistyczne w jednym. Rano było dość chłodno, poubierałyśmy więc bluzy, koszulki z długim rękawem. W biegu jednak było nam ciepło i po drodze się z nich rozbierałyśmy a Ania to wszystko dzielnie nosiła.

Na ostatniej prostej Lena mimo bólu zmusiła się do ostatniego wysiłku i cała nasza piątka wraz z Anią wbiegła na metę trzymając się za ręce 🙂 Girl power!

Na mecie 🙂

Tyle braw, okrzyków radości i dopingu nie zebrałam jeszcze nigdy! Do tej pory na samo wspomnienie robi mi się wesoło i ciepło na sercu.

Na metę dotarłyśmy z czasem 2:43 (czyli zważywszy na okoliczności z wcale nie takim złym wynikiem) i niestety tu spotkało nas niemiłe zaskoczenie – okazało się że nie ma dla nas medali!:( Organizatorzy nie przewidzieli, że na koniec zapisze się jeszcze kilkaset uczestników. W efekcie zabrakło medali dla kilkunastu osób. Zapewniono nas, że medal przyjdzie pocztą, ale niedosyt pozostał. W końcu każda z nas miała marzenie o zdjęciu z medalem na plaży 😉

Ale jak Ci nie dadzą medalu na mecie, to zawsze możesz go sobie narysować ;P

  Medal tymczasowy z Sopotu
Medali zabrakło, ale humory dopisywały, bo atmosfera podczas biegu była wspaniała. Na trasie świetni kibice, zebrałyśmy z milion uśmiechów :), przybijałyśmy piątki i naładowałyśmy się pozytywną energią! Do tego słońce 🌞, morze i plaża 🙂

Medali nie było, ale za to była pizza, też okrągła 😉

Pizza po półmaratonie smakuje najlepiej ;P
Dziewczyny zostawały w Sopocie jeszcze jedną noc, ja zdecydowałam się wracać w sobotę wieczorem. W takim towarzystwie czas płynął szybko. Żałuję, że nie starczyło czasu żeby wejść na molo. Przyznaję, że nawet myślałam o tym, żeby zostać z nimi, ale bilet na Polski Bus miałam już wykupiony, trzeba się było więc zbierać do domu.
Pamiątka z Sopotu
I wróciłam do domu bez medalu, za to z garścią pięknych wspomnień. I muszelek 🙂

Jeszcze raz dziękuję Dziewczynom Lena Biega La vida es mentolada FlyingShoes i Fit Fighterka za wspaniały weekend! Jesteście the best! ♥ :*

PS. A medal przyszedł pocztą 🙂

Narodowe Święto Biegania: Orlen Warsaw Marathon, czyli jak rozprawiłam się z godziną na 10 km

Plan na ten bieg był jeden – złamać 1 h. Udało się! 🙂

Orlen Warsaw Marathon to zgodnie z zapowiedziami Organizatorów trwające dwa dni Narodowe Święto Biegania. Miasteczko biegowe zlokalizowane na błoniach Stadionu Narodowego imponowało rozmiarem.

Miasteczko biegowe na Orlen Warsaw Marathon
Główną imprezą był oczywiście bieg maratoński (42,195 km), ale dla biegaczy jeszcze nie gotowych na zmierzenie się z królewskim dystansem przewidziany został Bieg OSHEE (10 km). Ba! znalazło się nawet coś dla początkujących czy też nie mających z bieganiem nic wspólnego – charytatywny marszobieg (4,6 km).
Zanim 26.04 wystartowałam w biegu na 10 km, dzień wcześniej wzięłam wraz z moją Przyjaciółką w charytatywnym marszobiegu. Całą trasę z Pl. Zamkowego na błonia Stadionu Narodowego pokonałyśmy marszem, bo Gosia (jeszcze;P) nie biega. Mówi, że na razie się nie przekonała… Za to często występuje w roli mojego kibica 🙂 Na udział w marszobiegu wcale nie musiałam Jej długo namawiać 😉
Start marszobiegu na Pl. Zamkowym
Meta majaczy w oddali…
Na trasie i na mecie
 W marszobiegu wzięło udział 11 000 uczestników
Takich osób jak my było 11 000. Każdy uczestnik to pomoc w wysokości 10 PLN przeznaczona na rzecz potrzebujących dzieci, wspieranych m.in. przez Fundację ORLEN Dar Serca. Fajnie że robiąc coś dobrego dla siebie (w końcu ruch to zdrowie) można jednocześnie zrobić coś dobrego dla innych. Win-win 🙂

Po marszobiegu odwiedziłyśmy miasteczko biegowe. Co prawda pakiet startowy na Bieg OSHEE odebrał wcześniej mój Brat nr 1, który także brał w nim udział, ale i tak miałam co robić. Expo składało się z wielu stoisk z ofertą dla biegaczy – od butów, przez stroje i akcesoria, po zdrowe jedzenie i odżywki. Na jednym z takich stoisk miałyśmy okazję spotkać Beatę Sadowską i poprosić o autograf w naszych książkach “I jak tu nie jeść!”. Wiedziałam że Beata będzie podpisywać tego dnia książki, ale zabrałam swój egzemplarz (zamówiony jeszcze w przedsprzedaży – po lekturze “I jak tu nie biegać!” byłam pewna, że można brać w ciemno ;)) bez większej nadziei na powodzenie. Myślałam, że gdy dotrzemy na miejsce po prostu Jej już tam już nie zastaniemy. Tymczasem spotkała nas miła niespodzianka 🙂

 “I jak tu nie jeść!” i autograf Beaty Sadowskiej

Na Expo odwiedziłyśmy także foto-budkę oraz dałyśmy się namówić na zielony koktajl a ja kupiłam sobie jeszcze bransoletkę z zawieszką (mam do nich słabość:)) na stoisku Biżuterii Sportowej.

W niedzielę rano tradycyjnie umówiłam się z Bratem na wspólny dojazd na miejsce zawodów. Dla biegaczy przejazd komunikacją miejską w Warszawie był tego dnia darmowy. Za bilet służył numer startowy.

Numer startowy służył mi za bilet
Na stacji Metro Świętokrzyska prawie puste wagony podziemnej kolejki wypełniły się biegaczami po brzegi. Na twarzach niebiegajacych pasażerów, będących w zdecydowanej mniejszości, można było zobaczyć pewną konsternację 😉
Tym razem postanowiłam wystartować w oficjalnej koszulce biegu.
 Melduję się na miejscu 🙂
Start obydwu niedzielnych biegów był o tej samej porze. Strefy startowe maratończyków i biegnących na 10 km były ustawione równolegle do siebie. Jedni i drudzy biegacze pozdrawiali się wzajemnie i oczekiwali na sygnał do startu.
Widok na strefy startowe
 W momencie startu w niebo poszybowały biało-czerwone baloniki
 Linia startu coraz bliżej…
Na początku było trochę ciasno, ale stopniowo rozluźniało się na trasie i znalazłam swoje miejsce wśród biegaczy. Dopiero potem na zdjęciach z biegu zobaczyłam, że na trasie było naprawdę duuużo biegaczy.
Już jakiś czas wcześniej postanowiłam, że na tym biegu rozprawię się z godziną. Pacemaker biegnący na 1:00:00 początkowo był w zasięgu mojego wzroku, jednak stopniowo oddalał się wraz z grupką towarzyszących mu biegaczy, by w pewnym momencie zniknąć zupełnie.
Zwykle na biegach 5 i 10 km biegnę wolniej na początku, a potem, gdy już się porządnie rozgrzeję i rozbiegnę, przyspieszam. Zawsze się boję, że dam się ponieść tłumowi, “zagotuję się” na wstępie, a potem nie dam rady dobiec do mety. Biegnę więc sobie zachowawczo, czasami może nawet zbyt zachowawczo, ale co tam! Czas nie jest zwykle dla mnie bardzo istotny, choć cieszę się, gdy uda mi się poprawić swoją “życiówkę”. Czasami w trakcie biegu wolę chłonąć atmosferę, cieszyć oczy widokami na trasie, niż walczyć o każdą sekundę. Co prawda nawet ja już się nauczyłam, że w biegach na 5 km nie ma czasu na zbyt spokojny start, od razu trzeba ruszyć tempem zbliżonym do zakładanego na dany czas, bo bieg trwa za krótko, żeby potem nadrobić początkowe straty. Po Biegu Niepodległości na 10 km też wyciągnęłam cenną naukę, że jeśli się decydować na szybszy bieg, to też należy to zrobić odpowiednio wcześnie 🙂 Wtedy nie udało mi się złamać godziny, choć ostatnie 2 km to w porównaniu do początkowego tempa biegu pędziłam na złamanie karku 😉 Zresztą Endomondo wciąż jako mój najszybszy kilometr pokazuje właśnie końcówkę tamtego biegu;)
Mądrzejsza więc o to doświadczenie, w trakcie biegu kierowałam się wskazaniami mojego zegarka. Właściwie przez przypadek ustawiłam wyświetlacz na średnie tempo, a nie tempo bieżące, ale jak się okazało było to bardzo dobre posunięcie 🙂 Kiedy się zorientowałam w pomyłce, już, już miałam przestawić zegarek, ale wtedy doznałam olśnienia! Żeby ukończyć bieg z czasem poniżej 1 h, to zegarek musi wskazywać średnią wartość poniżej 6 minut/km. Bardzo mnie więc cieszyło, że pokazywana na wyświetlaczu wartość stopniowo zbliża się do tych upragnionych 5:59 min/km 🙂 6:14, 6:13, 6:10, 6:07, 6:05… Pomagało mi też to, że trasa biegu była mi znana m.in. z 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego, gdyż częściowo się z nią pokrywała.

Od ok. 5-6 km czułam, że “coś” się dzieje w środkowej części spodu prawej stopy i że nie jest to nic dobrego… Od 7 km czułam już wyraźnie ból. Ale bardzo chciałam złamać tę godzinę i czułam że naprawdę mam szansę to zrobić.

Kiedy przekroczyłam 8 km i zobaczyłam Stadion Narodowy z bliska, wiedziałam że się uda, że mam jeszcze siły żeby utrzymać odpowiednie tempo do mety. To było super uczucie! Jakby nogi same niosły! Trasę od Mostu Świętokrzyskiego doskonale pamiętałam z poprzedniego dnia (finisz marszobiegu był w tym samym miejscu) i wiedziałam, że już za chwilę będzie meta. Jeszcze tylko okrążyć Stadion!

Starałam się nie myśleć o tym, że coś mnie boli. Właściwie to chyba nawet przestałam czuć ból. Skupiłam się na gonieniu zajączka… w osobie pacemakera na 1:00:00, bo znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Kiedy go wyprzedziłam na ostatniej prostej, to miałam już niemal pewność że się udało 🙂 Za metą mój zegarek pokazał czas 00:59:15 (sekundę więcej niż czas oficjalny).

Uff! Udało się! 🙂
Jeszcze w strefie medalowej poprosiłam inną Uczestniczkę biegu (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)) o zrobienie zdjęcia. Pani poprosiła mnie zresztą o to samo. Mam jednak nadzieję, że w roli fotografa wypadłam lepiej, niż Ona 😉 W każdym razie, gdy zobaczyłam te zdjęcia uśmiechnęłam się od ucha do ucha 😀 Nie byłam zła. W końcu to moje nogi grały w tym biegu główną rolę 😉
 Zdjęcie w strefie medalowej. Element najważniejszy dla biegacza uwieczniony 😉
Dopiero po chwili prawa stopa przypomniała mi o sobie 😉 Tak jak podejrzewałam już w trakcie biegu, pojawił się na niej piękny pęcherz. Mój pierwszy biegowy bąbel 😉 Obstawiam że zawiniły skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie.
 Cena życiówki 😉
Po odebraniu depozytu odstałam jeszcze z Bratem prawie 1,5 h (!) w kolejce do namiotu, w którym można było wygrawerować na medalu swój czas. Ponieważ był to pierwszy bieg na 10 km, w którym nie zobaczyłam 1 h z przodu, zależało mi na tym grawerze. Robiło mi się coraz zimniej, zaczął znowu kropić deszcz i marzyłam już tylko o ciepłym prysznicu. Jednak mimo zimna i bólu stopy z uśmiechem na ustach wróciłam do domu 🙂
Medal 🙂
Przepowiednia? 😉
*** 

Poradnik biegacza

Ponieważ w sobotę 2.05 miałam start w półmaratonie w Sopocie, chciałam żeby pęcherz jak najszybciej przestał mi dokuczać.
W poniedziałek, choć ze stopą było już znacznie lepiej, niż bezpośrednio po niedzielnym biegu, pobiegłam do apteki i kupiłam plastry Compeed na pęcherze (te duże, na piętę). Po naklejeniu plastra mogłam już normalnie chodzić i nic mnie nie bolało. We wtorek biegałam na treningu 😉
Kiedy pakowałam się na wyjazd do Sopotu, miałam tylko dylemat odnośnie butów – czy zabierać je na półmaraton, czy może wybrać inne, w których już pokonałam ten dystans bez szwanku. Pęcherz przytrafił mi się w biegu na 10 km, a teraz do pokonania miałam przecież ponad 21. W #adistar #boost biega mi się jednak tak lekko, że postanowiłam zaryzykować 🙂
Ilość płynu w pęcherzu się zmniejszyła, jednak mały bąbel nadał na stopie był, w czwartek wieczorem przed wyjazdem przebiłam więc pęcherz (bo nie zrobiłam tego od razu) zdezynfekowaną igłą. Chyba jednak lepiej zrobić to od razu, choć zdania na temat przebijania pęcherzy są podzielone 😉 Ilu biegaczy, tyle sposobów na tę dolegliwość 🙂 Rano zabezpieczyłam miejsce po bąblu zwykłym plastrem.
W sobotę rano przed biegiem nakleiłam na nie nowy plaster na pęcherze, który tworzy na stopie taką ochronną poduszeczkę. Na lewej w analogicznym miejscu nakleiłam zwykły szeroki plaster. I na szczęście obyło się już bez pęcherzy 😉 Relację z biegu w Sopocie znajdziesz: tutaj.

#owm #biegna10km #biegoshee

Warszawska Triada Biegowa: 11 start na 11 listopada – XXVI Bieg Niepodległości

Jeszcze nigdy nie spędziłam Święta Niepodległości na biegowo. Ba, nigdy wcześniej nie spędziłam go na sportowo. No chyba, żeby zaliczyć do tego rodziny spacer. W końcu zawsze to jakiś rodzaj ruchu…;) Dziś już wiem, że to świetny sposób i będę kontynuować tę “nową, świecką tradycję” 🙂

Od dawna nie udało mi się na zawody dotrzeć bez pośpiechu i obawy, że nie zdążę. I nie zaspać (mimo nastawiania budzika ;)). Tym razem był czas na spokojne wypicie kawy i zjedzenie śniadania. Wszystko naszykowałam sobie wieczorem. Zawsze tak robię (inaczej bym nie dała rady zdążyć na kilka wcześniejszych zawodów;)).

***
Poradnik biegacza
Przy okazji, dobra rada dla startujących w zawodach (nie tylko) po raz pierwszy: warto wszystko wcześniej, na spokojnie sobie naszykować. Strój, numer startowy (można go odebrać niekiedy nawet kilka tygodni przed zawodami, więc lepiej poszukać go, gdy nie zostało nam ostatnie 5 min do wyjścia, bo gdy człowiek się spieszy, to rzeczy martwe stają się szczególnie złośliwe i nie dają się znaleźć), agrafki do przypięcia numeru, napoje, coś regenerującego na ząb, mokre chusteczki do rąk i… wszystko to bez czego nie ruszacie się z domu nawet po bułki do sklepu. Np. ja, niczym tolkienowski Bilbo Baggins (przed wyprawą do Samotnej Góry oczywiście), nie ruszam się bez chusteczek do nosa:) Nie mówiąc już o wyborze sposobu dojazdu i sprawdzeniu czasu potrzebnego na dotarcie na miejsce zawodów, czy też lokalizacji biura zawodów, przebieralni i depozytów, czy nawet linii startu, bo (co nie jest już tak oczywiste) nie musi się ona znajdować tuż obok wcześniej wymienionych punktów. Pozwoli to uniknąć dodatkowego stresu rano w dniu zawodów (np. nerwowego szukania ulubionych spodni do biegania, by po kilku minutach poszukiwań znaleźć je w koszu na pranie) i zapomnienia czegoś “niezbędnie” potrzebnego, a czego brak odkryjemy dopiero na miejscu (mam tu na myśli coś, co tak naprawdę nie jest nam potrzebne, do startu, ale bez czego czujemy się nieswojo). Jestem przekonana że prawie każdy z nas coś takiego ma, jak np. wspomniane wyżej chusteczki:). Jeśli biegasz z telefonem, sprawdź też stan baterii, bo rano może już nie być czasu na jej ładowanie. Jeśli korzystasz z budzika w telefonie, powyższa czynność jest wręcz obowiązkowa 😉
***
Wracając jednak do relacji, udało mi się wyjść z domu bez konieczności gonienia na przystanek. Umówiłam się z Bratem nr 1 na pętli tramwajowej. Na miejsce dojechać mogliśmy jednym tramwajem. Fajnie już w tramwaju spotykać innych biegaczy, udających się na ten sam bieg. Można się wtedy poczuć częścią pewnej społeczności. Podobnie jak w przypadku tegorocznego Biegu Powstania Warszawskiego, numer startowy posłużył mi za bilet 🙂
 
Numer startowy XXVI Biegu Niepodległości umożliwiał uczestnikom darmowy przejazd komunikacją miejską.
Do Ronda “Radosława”, a więc rzut beretem od miejsca startu, dojechaliśmy o 09:40. Mogliśmy podziwiać flagę na nowo postawionym Maszcie Wolności. Na szczęście zawiał wiatr i przez chwilę widać ją było w całej biało-czerwonej okazałości. Szkoda, że nie zastosowano prowadnicy do flagi, wyglądałaby wtedy cały czas pięknie, choć może już nie tak malowniczo. We wtorek wielkiego wiatru nie było i flaga przez większość czasu zamiast dumnie powiewać smętnie sobie wisiała… Może w przyszłości zostanie to poprawione.
Maszt Wolności na Rondzie “Radosława”.
“W 96. rocznicę odzyskania niepodległości Polski, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w 25. rocznicę wolnych wyborów w Polsce, w 10. rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w hołdzie wszystkim, dzięki którym Polska jest dziś wolnym, odrodzonym krajem”.

Ponieważ mieliśmy do startu jeszcze dużo czasu, postanowiliśmy się pokręcić trochę po miasteczku zawodów. Z każdą chwilą przybywało na miejscu biegaczy, głównie w białych lub czerwonych koszulkach. Wszyscy razem mieliśmy przecież stworzyć na starcie żywą biało-czerwoną flagę.

Na początku poszliśmy do stoiska PKO Banku Polskiego, żeby wziąć udział w akcji “Biegnę dla …”. Tym razem biegacze mogli wspomóc 5-letnią Amelkę zmagającą się z nowotworem. Zasady są proste – trzeba udać się do namiotu PKO BP, wpisać się na listę, pobrać kartkę z hasłem akcji i przypiąć ją sobie (najczęściej na plecach, bo z przodu jest już nr startowy). Wiem już, że w akcji wzięło udział ponad 800 osób, dzięki czemu Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże pieniądze na jej leczenie. Trzymam kciuki za powrót Amelki do zdrowia!
Potem odwiedziliśmy biuro zawodów z pytaniem, czy można otrzymać puzzle z Marszałkiem Piłsudskim dołączane do pakietów startowych już po tym, jak odebraliśmy swoje pakiety. Okazało się, że można 🙂 Mam więc teraz zajęcie na wieczory bez biegania (kuruję się aktualnie z przeziębienia).
“Historia w kolorach”, czyli puzzle z Marszałkiem Piłsudskim od IPN.
Po drodze do szkoły (Zespół Szkół Samochodowych i Licealnych nr 2), w której mieściły się nasze przebieralnie i depozyty, kupiłam na stoisku wydawnictwa Inne spacery “Książkę kucharską dla aktywnych”. Nic tylko gotować;)

Najnowsza “lektura w biegu”.

Oddanie rzeczy do depozytu odbyło się sprawnie, jednak było lekkie zamieszanie z toaletą na parterze. Panie kierowały się oznaczeniem na drzwiach, na których kółeczko oznaczało damską toaletę, natomiast faktycznie została ona przeznaczona dla panów. Jak wiadomo, w damskiej toalecie kolejki są zawsze dłuższe i gdy zbliżała się godzina 11:00 zrobiło się troszkę nerwowo i panowie zaczęli upominać się o swoje. Myślę jednak, że wszyscy szczęśliwie zdołali opróżnić pęcherze;)

W efekcie tej “wc-draki” udaliśmy się do naszej VI (najwolniejszej) strefy czasowej – dla biegnących na czas 60 min i więcej – tuż przed wybiciem godziny 11:11. Jak się okazało, staliśmy naprawdę daleko od linii startu. Nie martwiło mnie to zbytnio (nie od dziś wiadomo przecież, że ostatni będą pierwszymi;)) do czasu, gdy odegrano Hymn. Ledwo się zorientowałam, że to już, bo prawie go nie było słychać:( Potem zostało nam już jedynie cierpliwie czekać na swoją kolej. Nie było to łatwe, bo w bezruchu zaczęło się robić trochę chłodno. Zanim przekroczyliśmy linię startu, dwóch najszybszych biegaczy ukończyło już swój bieg! Nie powiem, żeby to było budujące;) Ktoś już kończy bieg, kiedy ty jeszcze nawet nie zacząłeś. No i czekanie na start zwyczajnie się dłużyło, tak ciało, jak i emocje stygły… Ale dzięki takiemu rozwiązaniu na pewno wielu biegaczom udało się osiągnąć swój najlepszy życiowy wynik:)

“Kolejka” do linii startu.
Trasa biegu mi się podobała. Może nie była zbyt urozmaicona (polegała przecież na przebyciu pięciokilometrowego, prostego odcinka najpierw w jedną, a potem w drugą stronę), ale za to wiodła po jednej z głównych arterii komunikacyjnych Warszawy, przez Centrum, w otoczeniu drapaczy chmur… Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi były naprawdę imponującym widokiem. Niestety, telefon odmówił posłuszeństwa i nie mogłam zrobić więcej zdjęć 🙁
Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi. Piękny widok!
Musiałam polegać na zegarku, bo Endomondo wystartowało z opóźnieniem (brak łączności z satelitami;)). Na szczęście dobrze oznakowano każdy kilometr, dzięki czemu łatwo było mi kontrolować czas. Biegło mi się całkiem dobrze, zważywszy na to, że byłam przeziębiona. Emocje w trakcie zawodów jednak udzielają się i biegnąc w zawodach udaje mi się zwykle wykrzesać z siebie więcej, niż na co dzień. Jedną z takich wzruszających chwil był moment mijania orkiestry Wojska Polskiego, która wspierała biegaczy grając żołnierskie pieśni. Mi w udziale przypadło słuchać “Piechoty”. Za późno się jednak zdecydowałam, żeby przyspieszyć. Nie udało mi się złamać godziny, ale i tak osiągnęłam swój najlepszy czas na tym dystansie, lepszy od poprzedniego o 23 sekundy. Na pierwszym punkcie kontrolnym zajmowałam miejsce numer 10927, a bieg ukończyłam na miejscu 9814, z czasem 01:01:17.
Zawody ukończyło 12295 biegaczy. Zawody wygrał Łukasz Parszczyński (Warszawska Brygada Rakietowa) z czasem 00:30:03. Najlepsza wśród pań była Iwona Lewandowska (MON) z czasem 00:33:15. Ostatni na mecie zameldował się Pan Edward Mucha (ur. 1927), uważany za najstarszego biegacza w Polsce. Spotkanie Go na trasie wywołało u mnie wielkie wzruszenie. Naprawdę, to był niesamowity, niezapomniany widok. Dostałam dodatkowego “kopa” do ukończenia mojego biegu.
Pan Edward Mucha na trasie.
Teraz mogę się pochwalić 11 medalem w swojej biegowej kolekcji 🙂
11.11. i mój jedenasty start w zawodach 🙂
A na mecie czekała mnie niespodzianka, bo zjawił się Brat nr 2 z 2/3 swojej dzieciowej gromadki. Do domu wróciliśmy już razem, można więc powiedzieć, że rodzinny spacer też został zaliczony:)

Samsung Irena Women’s Run, czyli mój pierwszy start w zawodach.

Ostatnia niedziela czerwca, dzień mojego debiutu w zawodach biegowych, wita mnie ulewnym deszczem. Nie jest to na szczęście argument dla mnie żeby odpuścić udział w biegu. “Upał, czy deszcz – co lepsze? Z dwojga złego wolę to drugie…” – myślałam w tygodniu poprzedzającym start. No to mówisz i masz:)

Wstaję, patrzę przez okno, a tu – leje! “OK, wezmę to na klatę” – myślę. Szybko pakuję torbę z ubraniami na zmianę – przecież będę biec w deszczu, a potem mam wracać autobusem, to się chociaż po biegu przebiorę, żeby jako zmokła kura nie straszyć współpasażerów. Brat nr 1 (starszy znaczy) jedzie mi kibicować, nie będzie problemu, że do worka z pakietu startowego nie daję rady zmieścić wszystkiego – zamiast w szatni, zostawię torbę jemu (w szatni można zostawić tylko regulaminowy worek).

Czas na śniadanie – owsianka z bakaliami będzie jak znalazł. Do tego koktajl z banana i mleka sojowego. Szybko okazuje się, że po wypiciu koktajlu owsianka średnio chce się zmieścić w żołądku. Przez rozsądek jednak wciskam ją w siebie – w końcu energia do biegania musi być. Buziaki dla moich trzech Chłopaków (Mąż, Syn nr 1 i Syn nr 2) na do widzenia, nakaz trzymania kciuków za żonę/mamusię i pędzę na tramwaj, żeby nie zwiał mi autobus, w którym jechać ma Brat i którym dojechać mamy na miejsce. Drobne utrudnienia w trakcie przesiadki, bo akurat ruszyła przebudowa linii tramwajowej na Bemowie (nowa organizacja ruchu na skrzyżowaniu i chwilowa konsternacja co się stało z przejściem dla pieszych). Uff! Udało się – wsiadam do autobusu i razem z czekającym już w nim na mnie Bratem jedziemy na miejsce. W tzw. międzyczasie zaczyna się przejaśniać. W zasadzie już nie pada, gdy wychodzę z domu.

Docieramy na miejsce imprezy ok. 11:00 – tak w sam raz – bo za 10 minut planowo ma się zacząć rozgrzewka. Chwilę się kręcimy, żeby skonfrontować plan sytuacyjny z rzeczywistością, słuchamy oficjalnego powitania Pani Ireny Szewińskiej z uczestniczkami biegu i za chwilę z głośników zaczynają płynąć gorące rytmy – rozgrzewka jest w formie zumby! Fajnie, będzie okazja wreszcie tego spróbować. Dobrze, że mam za sobą te aerobikowe zrywy, bo chociaż podstawowe kroki ogarniam:) Najbardziej utkwiła mi w pamięci Shakira i jej “La la la”, czyli “Dare”. Rozgrzewkę prowadzą Piotrek i Paweł – pełni pozytywnej energii chłopaki. Rozjaśnia się na dobre. Po rozgrzewce czuję się jak bym już przebiegła z pół dystansu;)

Przechodzimy na miejsce startu. Chwila oczekiwania i ruszamy.

O mało nie daję się ponieść szybszemu tempu narzuconemu przez część zawodniczek (prawie wszystkich znaczy;)), ale myślę sobie: “Spokojnie – powoli, byle do przodu. W godzinę to i moim żółwim tempem dam radę przebyć te 5km”. I tak mija mi pierwszy kilometr. Sympatyczny Pan “km 1” (na każdym kilometrze był Pan w koszulce z numerem mijanego właśnie kilometra) informuje: “Jeszcze tylko 4 km i koniec”:).

Wybiegamy na Belwederską i powoli zaczynam wspinać się pod górę. Przyjęta przeze mnie “żółwia” taktyka okazuje się całkiem słuszna – poruszam się może i wolniej od wcześniej wyprzedzających mnie zawodniczek, ale wciąż biegnę, podczas gdy znaczna część uczestniczek maszeruje:) Z tego podbiegu jestem naprawdę dumna – że się nie poddałam i nie zaczęłam iść. Na samej górze widzę Brata, który chciał uchwycić kobiecą masę mozolnie, lecz malowniczo wspinającą się pod górkę. Brat mnie nie widzi, więc daję mu znać, że biegnę i że jest ok.

Wybiegamy na Al. Ujazdowskie i tu dopiero jest “patelnia”. Słońce praży! Gdyby nie widoczne gdzieś przy krawężnikach kałuże (i to że na własne oczy widziałam), to nie powiedziałabym, że rano lało. A może po tym podbiegu mi tak gorąco? Mijam Pana “km 2”, jakiś czas potem Pana “km 3”. Wzdłuż Alej stoją kibice i dość nieśmiało kibicują. Miło, że chce im się patrzeć jak my się męczymy i wykrzesać z siebie zagrzewający do boju okrzyk. Trochę mi smutno, że nie ma moich Chłopaków, ale Syn nr 2 jeszcze za młody i ogólnie nie lubi tłumów. Potem skręcamy w ul. Piękną i jest pięknie – bo za chwilę będziemy biec w dół:). Potem sama nie wiem kiedy pojawia Pan “km 4” i dostaję skrzydeł. Czuję, że mam moc biec szybciej, niż żółw. W momencie, gdy mijam budynek radiowej Trójki, wiem, że już jestem niedaleko mety, więc “cisnę”.

No i wycisnęłam czas 00:35:05 i 1487 miejsce w kategorii open na 1908 sklasyfikowanych.

Dobiegając do mety prawie się popłakałam – z radości że dałam radę, że cały dystans pokonałam biegiem (czy czymś co chociaż trochę go przypomina), że nie byłam ostatnia ;P Odebrałam swój pierwszy medal, zgarnęłam jeszcze wodę i batonik o Sponsorów, i poleciałam pod scenę porozciągać się trochę. Znowu tańcząc w rytm muzyki, tyle że już spokojniejszej – “I see fire” Ed Sheeran.

Potem jeszcze dekoracja zwyciężczyń, wręczanie nagród, także w konkursie filmowym towarzyszącym imprezie, w którym brałam udział, ale nie wygrałam, przeżywszy głębokie rozczarowanie, że nie stałam się posiadaczką telefonu Samsung;P No i powrót do domu. Synek nr 1 zapytał mnie: “Mamo, ładny ten medal, tylko czemu nie jest złoty?”.

Bo nie ostatni, Synku:)