Bieganie jest przyjazne – Bemowski Bieg Przyjaźni

W niedzielę 21.09.2014 r. wzięłam udział w Bemowskim Biegu Przyjaźni (BBP). I choć kompletnie się tego nie spodziewałam zrobiłam swoją życiówkę:) Chyba udzieliła mi się atmosfera – w końcu był to bieg Przodowniczek i Przodowników Pracy;)


Tegoroczny BBP odbywał się pod hasłem: “200% treningowej normy dla lepszej formy”. Nie bardzo mogłam się pod nim podpisać, bo w tygodniu poprzedzającym zawody dopadło mnie przeziębienie i start w Biegu był pierwszym biegiem po chorobie. Na Bieg poszłam jednak w nadziei, że choć w tydzień formy nie da się wypracować, to w tydzień się jej nie traci;)
 
W BBP startował też mój Brat nr 1, tylko nie biegliśmy razem, bo mężczyźni startowali 45 minut później (start Biegu Przodowniczek Pracy był o godz. 12:15). Zresztą Brat szybciej biega, więc i tak nie bieglibyśmy za długo noga w nogę;)
 
Synek nr 1 poszedł z Tatą na przedstawienie do teatru Baj, więc młodszy miał zostać tym razem z Dziadkami (moimi Rodzicami), którzy też mieszkają na Bemowie. Ale ostatecznie wyszło inaczej, bo Tata wpadł na pomysł, że skoro bieg jest na Bemowie, to pójdą z Mamą razem z wnuczkiem nam pokibicować. Po raz pierwszy w trakcie zawodów towarzyszyła mi Rodzinka w tak szerokim składzie (na koniec, już po moim biegu, na miejsce dotarł jeszcze Mąż z Synkiem nr 1 – zdążyli jeszcze pokibicować Szwagrowi, tudzież Wujkowi). Przynajmniej była okazja, aby rodzinnie spędzić niedzielę:) Synek nr 2 przespał co prawda cały mój bieg, ale miał wtedy niecałe 9 miesięcy, więc mogę mu to wybaczyć;) Za to zobaczyć na trasie “swoich” kibiców – bezcenne:)

Klimat Biegu nawiązywał do czasów PRL, stąd ci Przodownicy. Po biegu można było odebrać pakiet towarów luksusowych na tzw. kartki:)

Koszulka biegu, numer startowy i kartki na towary luksusowe.
 

A w skład pakietu wchodził m.in. papier toaletowy Serwus;).

Kultowy papier Serwus
 

Załapałam się jeszcze na numer imienny z napisem Tow. Anna (warunkiem otrzymania imiennego numeru była internetowa rejestracja do 12.09.2014).

 
 

Pod Urząd Dzielnicy Bemowo, na tyłach którego zlokalizowane zostały start i meta, przyszliśmy z Bratem na piechotę (reszta pojechała już autobusem), pokonując szybkim marszem ok. 1,5 km. Rozgrzewkę przed bieganiem miałam więc zaliczoną. I dobrze, bo przybyłam na miejsce prawie w ostatniej chwili.

Trasa BBP liczyła 5 km (dwie pętle po 2500 m) i kluczyła po uliczkach Osiedla “Przyjaźń”. To osiedle drewnianych baraków powstało dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki, a po zakończeniu budowy zostało przekazane warszawskim uczelniom. Obecnie w drewnianych domkach mieszczą się akademiki studenckie. Pętla składała się właściwie z kilku mniejszych “pętli”.

 
Trasa Bemowskiego Biegu Przyjaźni, źródło: www.biegbemowa.pl

Może przez tę ilość zakrętów, a może dlatego, że nigdy w Osiedle się nie zagłębiałam (zdarzało mi się bywać jedynie na jego obrzeżach) nie bardzo mogłam się zorientować w którym miejscu trasy aktualnie się znajduję. Biegło mi się tego dnia wyjątkowo ciężko. Z upragnieniem, już na pierwszej pętli, wyglądałam punktu z wodą (bo nie wzięłam swojej wody – nauczka na kolejne starty – lepiej mieć ze sobą coś do picia). Po drodze zarejestrowałam tylko oznaczenie “4 km”, ale na pierwszej pętli niewiele mi to pomogło;) Za to łyk wody już tak:) W 2-3 miejscach trzeba było uważać na rozkwaszone na asfalcie jabłka, bo można było się na nich poślizgnąć.


Zdjęcia z trasy, fot. Zbigniew Mamla
 

Kiedy kończyłam pierwszą pętlę, zobaczyłam swoją rodzinkę. Mama chciała mi zrobić zdjęcie, nawet jej pomachałam, ale (jak się potem okazało) udało jej się uchwycić jedynie kawałek mojej nogi;) Kiedy przebiegałam pod bramą startową po 2,5 km czułam się tak jakbym już przebiegła 5 km. Pamiętam, że zdziwiłam się nawet, że zegarek pokazuje czas ok. 15 min. Biegłam więc dalej, z utęsknieniem wypatrując znaku z tym wcześniej zauważonym “4 km”. No i tego punktu z wodą. Kiedy go minęłam przyspieszyłam, bo zorientowałam się że może uda mi się osiągnąć czas ok. 30 min. I faktycznie się udało:) Uzyskałam czas netto 00:29:13, który jest moją życiówką. Po raz pierwszy “złamałam” 30 min na dystansie 5 km. Fajne uczucie:)

Radość z życiówki:)


Pragnienie na mecie można było ugasić rozdawaną tam wodą, węglowodany uzupełnić kanapką z pieczywa chrupkiego, a biegowy wysiłek zostawał uwieńczony medalem. Była też okazja spróbowania napoju izotonicznego jednego ze sponsorów (także dostępnego na kartki;)), ale mi osobiście niezbyt on smakował.

Organizatorzy BBP zachęcali też do wzięcia udziału w konkursie na najciekawsze przebranie. Na trasie można więc było spotkać bufetową, wzorową uczennicę, a nawet przodowniczkę pracy w koszuli w kratę, w roboczych ogrodniczkach i berecie. Może w przyszłym roku i ja się przebiorę? Bo mam nadzieję, że to nie ostatnia edycja BBP:)

 Medal Bemowskiego Biegu Przyjaźni.

Po moim biegu kibicowaliśmy Bratu, który też zrobił swoją “życiówkę”. A potem wszyscy razem pojechaliśmy do Rodziców na niedzielny obiadek;)

Wyzwanie “100 km w miesiąc” vol. 1

We wrześniu podjęłam wyzwanie przebiegnięcia 100 km w miesiąc od Aga4Run. Agnieszka w ten sposób postanowiła nagrodzić swoich fanów na Facebooku – 100 fanów => 100 “lajków” =>100 km biegiem w miesiąc. Śledziłam Jej postępy i pod wpływem chwili , czytając podsumowanie “wyzwaniowego” miesiąca, postanowiłam podjąć wyzwanie rzucone przez Nią każdemu biegowemu amatorowi na blogu. “A co,?! – pomyślałam – nie dam rady?! Przecież jestem w stanie przebiec 25 km w tygodniu, miesiąc ma ich mniej więcej 4 – to tak z grubsza licząc powinno się udać”. Ale niestety się nie udało:(

Do ukończenia wyzwania zabrakło mi 19,41 km. Czyli 1/5 zakładanego dystansu. Dużo i niedużo jednocześnie. Wiem, że są tacy, którzy potrafią przebiec cały ten dystans w jeden dzień, ale do tego poziomu wiele mi brakuje, więcej – takiego poziomu pewnie nigdy nie osiągnę. Ale tu nie o to chodziło. W końcu wyzwanie skierowane było do amatora. Chodziło o sprawdzenie się, o wypracowanie regularności w treningach, dodatkową motywację… Niestety, czasem jest tak, że my chcemy zrobić jedno, ale życie ma inne plany. W trakcie wyzwania dopadło mnie przeziębienie. Cały tydzień “wyleciał” mi z treningów. Postanowiłam więc, że wyzwanie przedłużę do 5.10 – czyli o tyle dni, ile zabrało mi przeziębienie. Niestety, nie pomogło.
W minionym tygodniu biegałam tylko dwa razy. Kiedy jest się mamą nie zawsze jest się panią własnego czasu. Przynajmniej mi nie zawsze się to udaje. Bo ja planuję jedno, a dzieje się drugie. Swoje bieganie muszę dostosowywać do mojego młodszego Synka, który ma 9 m-cy i którego nadal karmię piersią. I który jest do mnie z tego powodu baaardzo przywiązany;) Czasami po prostu nie uśnie beze mnie, nie pomaga nawet mleczko zostawione w butelce. Smoczek to nie to samo, z tego chyba powodu nie używa też smoczka-uspokajacza. Żaden mu się nie podobał. Staramy się to zmienić (to uzależnienie od mamy), bo jest to problem nie tylko ze spaniem, ale i z jedzeniem – ciężko go namówić do zjedzenia czegoś innego i zaczynam się tym poważnie martwić, bo przecież powinien w tym wieku jeść o wiele więcej. Tą swoją niechęcią do jedzenia zaskoczył i nas ,i innych członków rodziny (starszy Synek też nie należał do dzieci chętnie jedzących, ale problemy zaczęły się później, na etapie wprowadzania grudek, a nie już na samym wstępie). Jedyny sposób na tego małego niejadka (choć na zabiedzonego to on nie wygląda;)), to ciągłe próbowanie, szukanie patentu na zachęcenie go do próbowania nowych smaków. Będąc rodzicem trzeba się czasem wznieść na wyższe pokłady kreatywności;) Nie idzie to wszystko jednak tak szybko jakbyśmy chcieli. Czasami mam wręcz wrażenie, że idzie to w zupełnie inną stronę, niż byśmy tego pragnęli. No, ale to odrębny temat, chciałam jedynie przybliżyć aktualną sytuację rodzinną;)
W tym tygodniu mój mleczkozależny Synek na dodatek był chory (starszy Synek zresztą też), więc domagał się większej uwagi niż zwykle. Nie marudzę, po prostu mówię jak jest:) Żeby się za bardzo nie rozwodzić nad wątkiem tylko pobocznie związanym z tematem – krótko mówiąc – ten dodatkowy tydzień niewiele zmienił w sytuacji wyzwania. Przebiegłam tylko połowę dystansu potrzebnego do jego ukończenia. I tak, czuję niedosyt i jest mi lekko niewygodnie z tym, że się nie udało, ale nie ma co biadolić, tylko jest kolejny miesiąc, więc ogłaszam “Wyzwanie 100 km” vol. 2:)
Spróbuję w miesiąc (tym razem od 06.10 do 05.11) pokonać jednak te 100 km, bo wiem, że jest to w moim fizycznym zasięgu. Będzie okazja zwiększyć kilometraż w pojedynczym treningu. W końcu jeśli w przyszłym roku mam przebiec półmaraton (lub dwa;)), to samo się nie zrobi!

Biegaj z sercem – Bieg Serca 2014

W niedzielę 07.09.2014 r. na terenie OSiR Targówek odbył się pierwszy (mam nadzieję, że nie ostatni:)) charytatywny Bieg Serca, zorganizowany przez Fundację Spartanie Dzieciom. Hasło tegorocznego biegu: “Każde okrążenie ma znaczenie”.

Tym razem po raz pierwszy na bieg pojechaliśmy całą rodziną – Mąż, Synek nr 1, Synek nr 2 i ja oczywiście. Trochę się obawiałam jak to będzie, bo młodszy Synek ma dopiero 8 miesięcy, ale udało się zrealizować założony cel. Chłopcy byli grzeczni, choć młodszy był nieco śpiący;) Starszy kibicował mi dzielnie na trybunach. Fajnie było słyszeć: “Mama dawaj, mama dawaj!”. W którymś momencie postanowił nawet dołączyć do mnie:) Ale o tym za chwilę…

Numer 800 gotowy do boju:)

Założeniem Organizatorów było, aby w biegu mógł wziąć udział każdy – tak początkujący, jak i zaawansowany biegacz – bez względu na wiek, stopień sprawności, ilość wybieganych kilometrów. Formuła biegu zakładała start w godzinach 10:00-16:00. Wystarczyło w dogodnym dla siebie czasie stawić się na bieżni i pokonać tyle okrążeń ile się było w stanie. Na własnych nogach lub na wózku. A liczyło się dosłownie każde okrążenie. Każdy uczestnik otrzymywał chip, za pomocą którego rejestrowano liczbę przebytych okrążeń. Za pokonanie jednego okrążenia przez uczestnika biegu Sponsorzy imprezy przekazywali na rzecz Podopiecznych Fundacji Spartanie Dzieciom 5 zł. Celem Organizatorów Biegu było zdobycie na rzecz Fundacji 50 000 zł. Cel udało się osiągnąć! Tak Organizatorzy podsumowali wczorajszy bieg:

Ponieważ limit miejsc w Biegu Serca wynosił 1000 uczestników, za swój minimalny cel postawiłam przebycie 10 okrążeń (“przydział” okrążeń, jaki wypadał na jednego uczestnika biegu, aby cel finansowy Organizatorów został osiągnięty). Po cichu liczyłam, że dam radę przebiec 20 okrążeń, a nieśmiało marzyłam o 25. I udało się! Wybiegałam 26 okrążeń (tak dla pewności, że się nie pomyliłam w liczeniu kółek), w tym jedno wspólnie z moim starszym Synkiem. Biegliśmy razem ręka w rękę, noga w nogę. To wspólne 400 m dało mi niesamowitego kopa do dalszego pokonywania kółek. Większego niż kostki cukru dostępne w punkcie żywieniowym, choć z nich też raz skorzystałam:)

Mój dzielny Mały Spartanin 🙂
W trakcie mojego ponad godzinnego biegu, na bieżni stawił się aktor Tomasz Karolak, który w stroju Spartanina wraz z oddziałem Spartan minął mnie po drodze.
 
 Grupa Spartan z Tomaszem Karolakiem na czele


Pogoda dopisała, słońce grzało, więc bieg w takim stroju to nie lada wyczyn. Nie wiem, czy dałabym, radę biec zakryta od stóp do głów peleryną, z hełmem na głowie, z tarczą i włócznią w ręku. Tym bardziej podziwiam Spartan i ich inicjatywę na rzecz dzieci! Pokonanie maratonu to nie lada wyczyn, pokonanie go w takim stroju to dla mnie wyczyn podwójny.

Słońce grzało
Podziwiam też Uczestników Nieoficjalnych Mistrzostw Polski w biegu 5 h. Widziałam jak Jeden z Nich walczył z bólem prawej nogi – utykał, ale mimo wszystko biegł dalej. Ile trzeba mieć w sobie siły i determinacji?! Nie wiem, czy bieg udało Mu się ukończyć, ale i tak podziwiam! Wielki szacunek!
Nie potrafię wyrazić słowami swojego podziwu dla osób poruszających się na wózkach, które brały udział w Biegu Serca. Chyba po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy. Wielkie brawa za determinację! Piękna lekcja dla nas, ludzi zdrowych, którzy czasem bardzo nie szanujemy i nie doceniamy swojego zdrowia…
 Na bieżni
Tak jak wspomniałam, bieg zakończyłam po 26 okrążeniach. Pewnie dałabym radę zrobić jeszcze kilka, ale Młodszy Synek zaczął domagać się uwagi ze strony mamy. Po zaspokojeniu potrzeb młodego ssaka;), pokręciliśmy się jeszcze chwilę po terenie imprezy. Odwiedziliśmy oczywiście Strefę Dzieci, gdzie starszy Synek miał okazję “powyciskać” sztangę pod czujnym okiem Spartanki, pobawić się na stoisku Playmobil (ciężko go było stamtąd zabrać;)) oraz własnoręcznie pomalować ekologiczną torbę (taką atrakcję zorganizował dzieciom sponsor Główny Biegu – Żywiec Zdrój). Jako, że ma na imię Wojtek, miał też okazję na chwilę zostać (a jakże!)… strażakiem:)
Jak Wojtek został strażakiem;)
Udział w Biegu Serca będę wspominać jako przede wszystkim pożytecznie, ale też i mile, rodzinnie spędzoną niedzielę. Ten dzień dostarczył nam wszystkim wielu wspaniałych emocji. Pięknie jest pomagać i warto jest angażować w to dzieci od najmłodszych lat. Może w przyszłym roku Synek da radę przebiec ze mną więcej okrążeń?:) Ja też spróbuję się poprawić:)
  Medal – jak do tej pory najpiękniejszy – zdobyty w słusznej sprawie, do tego wspólnie z Synkiem:)

 

Motywacja biegacza: Nie trać z oczu swego celu!

Cel. Podstawa wszelkiego działania. Bez celu nie wiemy dokąd iść (biec;)) i po co. Jaki jest mój cel jeśli chodzi o bieganie? Zrzucenie zbędnych kilogramów i poprawa kondycji. Czasem, kiedy jest mi naprawdę ciężko wyjść na trening (np. kiedy padam na twarz po całym dniu z dziećmi) przypominam sobie dlaczego biegam. Patrzę na to co już osiągnęłam i od razu jest mi łatwiej.


Najtrudniej zrobić ten pierwszy krok, ruszyć się, wyjść poza swoją strefę komfortu. Bo tak, każdy trening wiąże się ze zmęczeniem. Łatwiej byłoby się poddać, zrezygnować, rzucić buty w kąt i usiąść na kanapie. Kiedy jednak zakładam już buty do biegania, od razu czuję przypływ energii. A że osiągnięcie celu wymaga czasu? No cóż, czas płynie i tak;)

“Czas płynie i tak…”

Samsung Irena Women’s Run, czyli mój pierwszy start w zawodach.

Ostatnia niedziela czerwca, dzień mojego debiutu w zawodach biegowych, wita mnie ulewnym deszczem. Nie jest to na szczęście argument dla mnie żeby odpuścić udział w biegu. “Upał, czy deszcz – co lepsze? Z dwojga złego wolę to drugie…” – myślałam w tygodniu poprzedzającym start. No to mówisz i masz:)

Wstaję, patrzę przez okno, a tu – leje! “OK, wezmę to na klatę” – myślę. Szybko pakuję torbę z ubraniami na zmianę – przecież będę biec w deszczu, a potem mam wracać autobusem, to się chociaż po biegu przebiorę, żeby jako zmokła kura nie straszyć współpasażerów. Brat nr 1 (starszy znaczy) jedzie mi kibicować, nie będzie problemu, że do worka z pakietu startowego nie daję rady zmieścić wszystkiego – zamiast w szatni, zostawię torbę jemu (w szatni można zostawić tylko regulaminowy worek).

Czas na śniadanie – owsianka z bakaliami będzie jak znalazł. Do tego koktajl z banana i mleka sojowego. Szybko okazuje się, że po wypiciu koktajlu owsianka średnio chce się zmieścić w żołądku. Przez rozsądek jednak wciskam ją w siebie – w końcu energia do biegania musi być. Buziaki dla moich trzech Chłopaków (Mąż, Syn nr 1 i Syn nr 2) na do widzenia, nakaz trzymania kciuków za żonę/mamusię i pędzę na tramwaj, żeby nie zwiał mi autobus, w którym jechać ma Brat i którym dojechać mamy na miejsce. Drobne utrudnienia w trakcie przesiadki, bo akurat ruszyła przebudowa linii tramwajowej na Bemowie (nowa organizacja ruchu na skrzyżowaniu i chwilowa konsternacja co się stało z przejściem dla pieszych). Uff! Udało się – wsiadam do autobusu i razem z czekającym już w nim na mnie Bratem jedziemy na miejsce. W tzw. międzyczasie zaczyna się przejaśniać. W zasadzie już nie pada, gdy wychodzę z domu.

Docieramy na miejsce imprezy ok. 11:00 – tak w sam raz – bo za 10 minut planowo ma się zacząć rozgrzewka. Chwilę się kręcimy, żeby skonfrontować plan sytuacyjny z rzeczywistością, słuchamy oficjalnego powitania Pani Ireny Szewińskiej z uczestniczkami biegu i za chwilę z głośników zaczynają płynąć gorące rytmy – rozgrzewka jest w formie zumby! Fajnie, będzie okazja wreszcie tego spróbować. Dobrze, że mam za sobą te aerobikowe zrywy, bo chociaż podstawowe kroki ogarniam:) Najbardziej utkwiła mi w pamięci Shakira i jej “La la la”, czyli “Dare”. Rozgrzewkę prowadzą Piotrek i Paweł – pełni pozytywnej energii chłopaki. Rozjaśnia się na dobre. Po rozgrzewce czuję się jak bym już przebiegła z pół dystansu;)

Przechodzimy na miejsce startu. Chwila oczekiwania i ruszamy.

O mało nie daję się ponieść szybszemu tempu narzuconemu przez część zawodniczek (prawie wszystkich znaczy;)), ale myślę sobie: “Spokojnie – powoli, byle do przodu. W godzinę to i moim żółwim tempem dam radę przebyć te 5km”. I tak mija mi pierwszy kilometr. Sympatyczny Pan “km 1” (na każdym kilometrze był Pan w koszulce z numerem mijanego właśnie kilometra) informuje: “Jeszcze tylko 4 km i koniec”:).

Wybiegamy na Belwederską i powoli zaczynam wspinać się pod górę. Przyjęta przeze mnie “żółwia” taktyka okazuje się całkiem słuszna – poruszam się może i wolniej od wcześniej wyprzedzających mnie zawodniczek, ale wciąż biegnę, podczas gdy znaczna część uczestniczek maszeruje:) Z tego podbiegu jestem naprawdę dumna – że się nie poddałam i nie zaczęłam iść. Na samej górze widzę Brata, który chciał uchwycić kobiecą masę mozolnie, lecz malowniczo wspinającą się pod górkę. Brat mnie nie widzi, więc daję mu znać, że biegnę i że jest ok.

Wybiegamy na Al. Ujazdowskie i tu dopiero jest “patelnia”. Słońce praży! Gdyby nie widoczne gdzieś przy krawężnikach kałuże (i to że na własne oczy widziałam), to nie powiedziałabym, że rano lało. A może po tym podbiegu mi tak gorąco? Mijam Pana “km 2”, jakiś czas potem Pana “km 3”. Wzdłuż Alej stoją kibice i dość nieśmiało kibicują. Miło, że chce im się patrzeć jak my się męczymy i wykrzesać z siebie zagrzewający do boju okrzyk. Trochę mi smutno, że nie ma moich Chłopaków, ale Syn nr 2 jeszcze za młody i ogólnie nie lubi tłumów. Potem skręcamy w ul. Piękną i jest pięknie – bo za chwilę będziemy biec w dół:). Potem sama nie wiem kiedy pojawia Pan “km 4” i dostaję skrzydeł. Czuję, że mam moc biec szybciej, niż żółw. W momencie, gdy mijam budynek radiowej Trójki, wiem, że już jestem niedaleko mety, więc “cisnę”.

No i wycisnęłam czas 00:35:05 i 1487 miejsce w kategorii open na 1908 sklasyfikowanych.

Dobiegając do mety prawie się popłakałam – z radości że dałam radę, że cały dystans pokonałam biegiem (czy czymś co chociaż trochę go przypomina), że nie byłam ostatnia ;P Odebrałam swój pierwszy medal, zgarnęłam jeszcze wodę i batonik o Sponsorów, i poleciałam pod scenę porozciągać się trochę. Znowu tańcząc w rytm muzyki, tyle że już spokojniejszej – “I see fire” Ed Sheeran.

Potem jeszcze dekoracja zwyciężczyń, wręczanie nagród, także w konkursie filmowym towarzyszącym imprezie, w którym brałam udział, ale nie wygrałam, przeżywszy głębokie rozczarowanie, że nie stałam się posiadaczką telefonu Samsung;P No i powrót do domu. Synek nr 1 zapytał mnie: “Mamo, ładny ten medal, tylko czemu nie jest złoty?”.

Bo nie ostatni, Synku:)

Jak to się zaczęło?

Nigdy nie byłam specjalnie aktywna fizycznie, jedynie od czasu do czasu dopadały mnie zrywy większej lub mniejszej aktywności (aerobik, jazda na rowerze). Jednak przyszedł taki moment w moim życiu kiedy poczułam się niewygodnie w swoim ciele. Przekroczenie “magicznej” 30-tki, dwie ciąże, żylaki, problemy z kręgosłupem, zmagania z chorobą tarczycy, nadprogramowe kilogramy… Pomyślałam: “Basta!”. Pora się za siebie wziąć, wreszcie poczuć się sobą ze samą sobą. I postanowiłam: “Będę biegać!”. 

Dlaczego biegać? Biegacze zawsze mi imponowali. Tak się złożyło, że zawodowo miałam też styczność z środowiskiem triatlonistów, którzy w dużej mierze wywodzą się przecież ze środowiska biegaczy. Nasiąkłam chyba wydzielanymi przez nich endorfinami, bo zaczęłam myśleć, że może i ja kiedyś będę jedną z nich… I tak myśl, która kiedyś nieśmiało zakiełkowała w mojej głowie, któregoś dnia, podlana wiosenno-letnią aurą, po prostu zakwitła.

Wiedziałam, że muszę się zmierzyć ze swoim wewnętrznym leniem (podobno urodzeni w niedzielę już tak mają;)), więc postanowiłam, że jeśli mam odnieść sukces (czytaj: stać się biegaczem, przebiec kiedyś maraton, albo chociaż pół;)), to muszę się za to zabrać na poważnie. Tak trafiłam na stronę www.biegaj40minut.pl. Przeczytałam i pomyślałam: “Spróbuję”.

Zadbałam o motywację – wciągnęłam do biegania starszego brata (mąż odpada – ktoś musi zostać z dziećmi), kupiłam kilka biegowych gadżetów (np. różowy biegowy zegarek:)), buty do biegania (ciuchy funkcyjne były z czasów wspomnianych wcześniejszych zrywów aerobikowo-rowerowych). I 19 maja 2014 wyszłam na swój pierwszy trening biegowy. I od tej pory biegam regularnie 3 razy w tygodniu. Zaczęłam czytać strony o tematyce biegowej (polecam http://treningbiegacza.pl/), przeglądać plany treningowe… Żeby jeszcze bardziej się zmotywować do treningów pomyślałam o udziale w zawodach, takich dla początkujących. Nie chodziło o bicie rekordów, wystarczyło zmieszczenie się w regulaminowym czasie.

Przypadkowo trafiłam w sieci na informację o Samsung Irena Women’s Run. Zapisałam się na bieg i wystartowałam 29 czerwca, 3 dni po tym jak pierwszy raz biegłam przez 40 min, bez żadnej przerwy na marsz, pokonując blisko 5 km.

Myślę, że teraz już się nie zatrzymam, ale tak na wszelki wypadek (fatum urodzonego w niedzielę lenia;)), postanowiłam założyć blog o swoim bieganiu, o tym jak zmienia moje życie na lepsze. W ten sposób chcę motywować siebie, ale jeśli przy okazji uda mi się bieganiem zarazić kogoś jeszcze to będę bardzo szczęśliwa. Bo nigdy nie jest za późno, aby BYĆ SOBĄ ZE SOBĄ!