Idzie nowe lepsze?

Zobaczymy 🙂 Wczoraj uczestniczyłam w warsztatach Blog Update Bloger profesjonalny, zorganizowanej przez Blox.pl. Bardzo pouczające wykłady i warsztaty dla blogerów. Inspirujące i motywujące do działania.

 
ZabiegAnna na Blog Update w siedzibie Microsoft.
fot. I. Mioduszewska FitFighterka.pl
 

Strawa dla ciała

Warsztaty odbywały się w Warszawie, w siedzibie Microsoft. O pyszne (i zdrowe!) jedzenie w czasie przerwy kawowej zadbało Tesco. Na obiad mogliśmy skosztować indyjskiej kuchni od Mr. India. Jednak tego dnia najważniejsza była strawa dla ducha i dla głowy.

Uczta dla ducha

Udział w wykładach i warsztatach to potężna porcja wiedzyinspiracjimotywacji. Chwilowo jestem na bakier z pisaniem na blogu, co niestety widać. Mam nadzieję, że zmieni się to wkrótce 🙂

Możliwość spotkania i wysłuchania Profesjonalistów czy poznania innych Blogerów, wymiana doświadczeń była bezcenna.

Bloger profesjonalny – czyli jaki?

Odpowiedzi na to pytanie poszukiwali prelegenci Blog Update. Wysłuchaliśmy czterech wykładów: Blog profesjonalny – czyli jaki? Bartosza Idzikowskiego z PSBV, Narzędzia blogera Mariusza Kędziory reprezentującego Microsoft autora bloga ewangelista.it, Profesjonalne blogowanie na platformie Agnieszki Durskiej i Dawida Szkiełki z Blox.pl oraz O poczuciu niedoskonałości Artura Jabłońskiego arturjablonski.com

Czego mogliśmy się z tych wykładów dowiedzieć? Że bloger profesjonalny, to bloger świadomy. Że „Content is king” i na blogu liczy się przede wszystkim treść. Że w blogowaniu pomocne mogą być różne narzędzia i mieliśmy okazję poznać bliżej niektóre z nich. Że zwłaszcza na etapie stawiania pierwszych blogowych kroków pomocne może być postawienie bloga na platformie, która oferuje wsparcie techniczne i że jedną w takich platform jest Blox.pl 😉 Że zgubna może być nadmierna pewność siebie, dobrze jest wątpić a poczucie niedoskonałości może być motywujące.

Rozmów nigdy za wiele

Następnie był panel dyskusyjny o tym jak będzie wyglądało blogowanie za 10 lat. Tomasz Jaroszek zaprosił tu do dyskusji Arlenę Witt wittamina.pl, Kasię Ogórek Twoje DIY, Bartłomieja Luzaka YT360.PL i Jana Favre stayfly.pl.

Zdjęcia z części panelowej i wykładowej.
fot. A. Jarosz
 

Wniosek jest pokrzepiający: blogowanie ma przed sobą przyszłość i choć będzie się zmieniać wraz z rozwojem nowych technologii, to w internecie każdy twórca treści powinien znaleźć dla siebie miejsce. Video nie zastąpi słowa pisanego, tak jak radio nie zastąpiło prasy, telewizja radia a intenet nie zabił prasy, radia i telewizji razem wziętych 🙂

Sztuka wyboru

Potem Organizatorzy zaprosili nas do udziału w warsztatach. Wybierać można było aż spośród 14 tematów. Żałuję, że czas nas ograniczał i że można z nich było wybrać tylko trzy. Na szczęście swoich wyborów nie żałuję 🙂

Zdecydowałam się uczestniczyć w Social media Karola Jurgi, Prostym pisaniu Agnieszki Durskiej i Skutecznych nagłówkach Piotra Durskiego.

Pierwszy prelegent po krótce scharakteryzował najważniejsze aktualnie kanały social media, dzięki czemu uporządkowałam swoją wiedzę na ten temat.

Bardzo ciekawe i konkretne wskazówki o tym, jak pisać prosto dała nam Agnieszka Durska. Podobnie zresztą jak Piotr Durski (profesjonalnie specjalista PR, prywatnie mąż Agnieszki), który zdradził nam tajniki pisania skutecznych nagłówków. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że to właściwi ludzie na właściwym miejscu. Takich osób słucha się z przyjemnością i uwagą.

ZabiegAnna Blog Update

Co mi dał udział w tych warsztatach? Poza tym co wymieniłam wcześniej, czyli porcją wiedzy, inspiracji i motywacji, możliwością odwiedzenia siedziby Microsoft ;), dodał mi… pewności siebie. Dał mi poczucie, że na szczęście nie jest tak, że nic nie wiem 😉

Uświadomił mi też jednak jak wiele jeszcze muszę się nauczyć o sztuce blogowania. I że ta wiedza nie sprowadza się jedynie do umiejętności poprawnego pisania.
Dlatego bardzo chętnie będę brać udział w tego typu wydarzeniach. Tym bardziej, że jestem zwierzęciem stadnym i chętnie nawiązuję nowe znajomości 🙂

Rozwój osobisty to ważny aspekt mojego życia. Myślę, że blogowanie jest bardzo dobrym narzędziem i siłą napędową tego rozwoju. Podobnie zresztą jak bieganie.

I na koniec jeszcze mała lekcja dla Ciebie

Pamiętaj! 😉
fot. A. Jarosz
 
No, prawie zawsze 😉

#blogupdate2015

Refleksja biegacza: Żeby przyspieszyć, najpierw trzeba czasem trochę zwolnić

Ostatni miesiąc obfitował w ważne dla mnie wydarzenia sportowe: pierwszy start w duathlonie, pierwszy start w biegu sztafetowym, debiut na królewskim dystansie… Sporo się działo także na niwie pozasportowej: Synek nr 1 poszedł do zerówki, rozpoczęłam dietę która ma mi pozwolić rozprawić się ostatecznie z ostatnimi nadprogramowymi kilogramami. Nadszedł też czas „rozstania” z Synkiem nr 2, bo po blisko 2 latach przerwy, od 1.10 wróciłam do pracy.

Każde z tych wspomnianych wyżej zawodów zasługują na wpis na blogu i każde z osobna dostarczyły mi wielu niezapomnianych emocji. Jednak kompletnie nie mam teraz siły, a może i trochę motywacji, na siedzenie przy komputerze…

Wieczorem jedyne o czym marzę, to po prostu znaleźć się jak najszybciej w łóżku. Może po prostu potrzebuję trochę czasu, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości…?
Regularność pisania znowu legła w gruzach, ale za to (przynajmniej na razie) o regularność biegania się nie martwię. W tym tygodniu zaliczyłam co prawda tylko dwa z trzech zaplanowanych treningów, ale jednym z tych treningów były niedzielne zawody na 5 km – Bemowski Bieg Przyjaźni, które mogę zaliczyć do udanych.
Z planu wypadł mi czwartek, który rozpoczął się nerwowo. Po drodze zaliczyłam kilka drobnych „pechów” a na (gorzki) deser przełknęłam usterkę samochodu – nieposłuszny immobilizer. Wieczorem wolałam więc już nie wychodzić biegać, bo choć nie jestem przesądna, uznałam że tego dnia wyjście z domu mogłoby się zakończyć skręconą kostką lub czymś w ten deseń… 😉 W piątek z kolei nie „odrobiłam” czwartku, bo czułam się niezbyt dobrze. Jakaś infekcja koniecznie chce mnie rozłożyć, ale szczęśliwie jak dotąd wygrywam 😉
Wierzę, że o samym Biegu napiszę w niedługim czasie, wspomnę więc tylko krótko, że po raz pierwszy pobiegłam dystans 5 km poniżej 26 minut. Wiem, że trasa była bez atestu, ale mimo wszystko jest to jakiś punkt odniesienia dla mnie i widzę, że postępy są. Tak gonię te 25 minut na 5 km i gonię i coś nie mogę dogonić. Czy zdążę w tym roku…?
Za miesiąc sprawdzę swoją dyspozycję w biegu na dwa razy dłuższym dystansie. W nocy z 9 na 10 października ruszyły bowiem zapisy na 27. Bieg Niepodległości w Warszawie. Jeśli chcecie się na ten bieg załapać, a jeszcze się nie zapisaliście, to czym prędzej to nadróbcie! Limit miejsc wynosi w tym roku 15 000. Bilans weekendu zakończył się z zapisanymi prawie 13 350 osobami, z których ponad 8 500 osób opłaciło już swój start. Te liczby robią wrażenie!
Powoli układam sobie w głowie plany na przyszły sezon. Nowe cele na horyzoncie. Kiedy już dojdę do ładu ze sobą i regularnym pisaniem, podzielę się nimi z Wami 🙂
Tymczasem zmykam spać, bo w zasadzie jest już jutro, więc najwyższa pora udać się w objęcia Morfeusza 😉 

Biegam i pomagam: PKO Bieg Charytatywny, czyli kolorowa ekipa z Sopotu powraca!

W nieco zmienionym składzie i w nowym wcieleniu, pod nazwą #SIŁAczki, pobiegniemy jutro w sztafecie w PKO Biegu Charytatywnym w Warszawie. Będziemy kręcić kółka na bieżni OSiR Targówek. Im więcej kółek, tym więcej najedzonych dzieci 🙂

PKO Bieg Charytatywny zostanie rozegrany w 12 lokalizacjach w Polsce, na stadionach z bieżnią lekkoatletyczną – w Gdańsku, Bydgoszczy, Mikołowie, Warszawie, Poznaniu, Koszalinie, Lidzbarku Warmińskim, Łomży, Lublinie, Wrocławiu, Łodzi i Krakowie. Organizatorem biegu jest Fundacja „Wychowanie przez Sport”.

 
 Reklama biegu na budynku przy ul. Puławskiej 15 w Warszawie.
fot. A. Jarosz
 
We wszystkich lokalizacjach bieg będzie się odbywał na bieżni o nawierzchni tartanowej. Sztafety w każdym mieście wystartują o jednej godzinie, o 09:50. Bieg będzie trwał godzinę. W tym czasie zawodnicy będą się zmieniać. Długość poszczególnych zmian i kolejność zawodników nie ma znaczenia. Jedyny wymóg, to aby każdy członek zespołu pokonał przynajmniej 1 okrążenie, które wynosi 400 m.

Zgodnie z ideą Organizatorów, aktywność biegaczy biorących udział w biegu zostanie przeliczona na złotówki, a uzyskana w ten sposób kwota zostanie przekazana przez Fundację PKO Banku Polskiego na dożywianie dzieci z ubogich rodzin w 12 województwach, w których odbędzie się bieg. Każde pokonane przez zawodnika sztafety okrążenie na bieżni to jeden obiad dla dzieci.

Na każdą z lokalizacji można było zarejestrować maksymalnie 60 zespołów 5 osobowych. I we wszystkich lokalizacjach zgłosiła się maksymalna liczba drużyn! 🙂 To będzie mój pierwszy bieg sztafetowy. Bardzo jestem ciekawa tego doświadczenia.

W naszej drużynie #SIŁAczek, której zostałam nawet nieco samozwańczo kapitanem 😉 i której start miał być wielkim „come back” ekipy z Sopotu (link do relacji: tutaj), miałyśmy pobiec w piątkę: ja, Iza FitFighterka, Magda LenaBiega, Magda FlyingShoes i Ania La vida es mentolada.

 
Nasza kolorowa ekipa z Sopotu: Iza FitFighterka, Magda LenaBiega, ja, Magda FlyingShoes i Ania La vida es mentolada
 
Niestety, Iza się rozchorowała i choć bardzo chciała, nie będzie mogła jutro wystartować… 🙁
 
Na szczęście mimo wszystko możemy pobiec! Organizatorzy pozwolili nam na zmianę w składzie sztafety. Izę zastąpi… Paweł z Wybiegane.pl (Agata biegnie w innej sztafecie). O ile się nie rozmyśli w ostatniej chwili, bo nazwy drużyny Mu jeszcze nie zdradziłam ;P 
 
Każdy z uczestników otrzyma numer startowy, pamiątkową koszulkę, a na mecie medal.
 
Będziemy się starać wybiegać jak najwięcej kółek, czyli obiadów dla dzieci. Trzymajcie za nas kciuki! 🙂
 
#bieganiecharytatywne #biegamipomagam #pkobiegcharytatywny

Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było „okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.
  
Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Początek biegło mi się bardzo
ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam
zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec
szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)).
Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać
zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba
nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie
spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok.
km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, więc nawet truchtanie nie wchodziło w grę. Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi
biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z
mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę
się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3
km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej
5:00. Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało „pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam
więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim
mniej „rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord
frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie
przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się
co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć
zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie,
właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba
nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego. 

Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz „Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

ZabiegAnna Drużyna: dołącz do Drużyny na Facebooku!

Do tej pory ZabiegAnna Drużyna funkcjonowała jako wydarzenie na mojej fejsbukowej stronie. Jednak ta forma ma swoje ograniczenia. Ostatnio nie mogłam np. w ogóle dodać zdjęć. Pomyślałam, że pora na kolejny krok.


ZabiegAnna Drużyna to taka moja mała społecznościowa inicjatywa. Chciałabym zgromadzić wokół niej osoby, które lubią biegać i chcą dzielić się swoją biegową pasją z innymi. W końcu kto lepiej zrozumie biegacza, niż drugi biegacz? 😉

Zapraszam Cię do tej społeczności. Możesz podzielić się zdjęciami z treningów, relacją z zawodów, swoją biegową trasą…

Może biegasz od lat, a może jesteś jeszcze przed swoim pierwszym biegowym treningiem? Biegajmy razem! 🙂 Dla zdrowia, dla lepszej kondycji, dla przygody, dla nowych znajomości… Nieważne jaki masz swój biegowy cel. Ważne jest wzajemne wsparcie i motywacja! Nagrodą będzie lepsza kondycja, nowa figura, lepszy humor, satysfakcja, nowe znajomości…

Wrzuć zdjęcia z treningów, relacje z udziału w zawodach. Pokaż innym swoją biegową ścieżkę.

ZabiegAnną Drużynę znajdziesz na Endomondo: https://www.endomondo.com/teams/19642994

A może wolisz Google+?
https://plus.google.com/communities/116027492230341271695

Zapraszam Cię też do rywalizacji na Endomondo:
https://www.endomondo.com/challenges/19641182
Tu możesz porównać się z innymi i jeszcze lepiej zmotywować do kolejnego treningu 🙂

Jeśli zechcesz ZabiegAnną Drużynę wpisać w polu „klub” w trakcie zapisów na zawody, będzie mi bardzo miło 🙂

To jak, dołączysz? 😉

PS. Zajrzyj też na: www.facebook.com/zabieganna

Nowe działy na blogu: ZabiegAnne Ścieżki i Wasze biegi

Ostatnio nie miałam zbyt dużo czasu na pisanie. I znowu zalegam z relacjami z zawodów. Ale cóż, nazwa bloga jasno informuje, że jestem w ciągłym biegu 😉

Znalazłam jednak chwilę na małe porządki na blogu. I zdołałam uruchomić dwa działy, które już dawno temu powstały w mojej głowie.

Pierwszy to ZabiegAnne Ścieżki, czyli miejsca, które odkryłam dzięki bieganiu, w których lubię biegać, które uważam za godne polecenia innym biegaczom. Na razie opisałam tylko trzy z nich, ale mam nadzieję, że wkrótce pojawią się kolejne 🙂

Drugi dział, to Wasze biegi. To dział dla Was, dla Czytelników bloga. Na pewno każdy z Was ma ulubione trasy, miejsca w których lubi biegać. Może zechcecie je odkryć przed innymi biegaczami? Czekam na pierwsze zgłoszenie! 🙂 Piszcie na: zabiegana.anna@gmail.com  

Biegam i pomagam: Bieg dla Stasia

03.10.2015 w warszawskim Parku Skaryszewskim odbędzie się Bieg dla Stasia. Bieg zostanie rozegrany na dystansie 5 km. I choć każdy zawodnik będzie miał zmierzony czas, nie wymiar sportowy będzie w tym dniu najważniejszy. Tego dnia będziemy przeganiać SMA!

Biegniemy dla małego Stasia, który walczy z chorobą SMA (rdzeniowy zanik mięśni). Dochód z pakietów startowych przekazany zostanie na rehabilitację i pobyt Stasia za granicą na badaniach klinicznych.

Zarejestruj się na stronie: https://online.datasport.pl/zapisy/portal/zawody.php?zawody=1847, zaproś znajomych i biegnij z nami dla Stasia. Razem przegonimy SMA!

Strona zawodów na Facebooku:
https://www.facebook.com/events/1633476206901395/

Bieg będzie dobrą rozgrzewką dla startujących następnego dnia w Biegnij Warszawo 😉

Ja już jestem zapisana. A Ty? Dołącz, warto!

Pytanie do biegacza: W nogi! Czyli rzecz o bieganiu – mój trener wzięty na spytki ;)

Dziś przybliżam Wam nieco postać mojego trenera, Jakuba Karaska. Poznajcie jego biegową historię.

Ten mini-wywiad to pokłosie nominacji do Liebster Award. Kuba zechciał podjąć wyzwanie, więc dziś prezentuję Wam jego biegowo-blogową historię.

1. Od jak dawna blogujesz?
Bloguję od ponad roku – zacząłem pisać na kilka tygodni przed moim debiutem w maratonie. Gdybym był mniej leniwy, pewnie blogowałbym dłużej ;-)

2. Dlaczego blogujesz?
Przede wszystkim dlatego, że lubię biegać i lubię pisać, więc dlaczego miałbym tego nie połączyć i nie pisać o bieganiu:)? Poza tym liczę na to, że za kilka lat będę miał dzięki swojemu blogowi naprawdę ciekawy pamiętnik.

3. Dlaczego biegasz?
Na ten temat można byłoby pewnie prowadzić oddzielny blog :-D Przede wszystkich jednak biegam dlatego, że lubię rywalizować, lubię biegać, przynosi mi to wiele korzyści psychicznych jak i fizycznych. Rozwijał nie będę, bo nie skończę odpowiadać na kolejne pytania ;-)

4. Od jak dawna biegasz?
Pewnie niemal od tego samego czasu od kiedy nauczyłem się chodzić :-) A tak na poważnie to w czasach szkolnych zdarzyło mi się kilka lat trenować bieganie – najpierw sprinty, później dystanse średnie. Po kilku latach przerwy powróciłem do regularnych treningów i mogę powiedzieć, że od grudnia 2013 znów jestem zapalonym biegaczem.

5. Co oprócz biegania lubisz robić w wolnym czasie?
Całą masę przeróżnych rzeczy! Lubię czytać, oglądać telewizję (głównie zawody sportowe), spędzać czas na wolnym powietrzu, uprawiać inne sporty, uwielbiam jeść, grać w gry planszowe, itd. – długo by wymieniać :-)

6. Czy wolisz biegać sam, czy w towarzystwie?
To zależy. Jeśli mam do wykonania konkretny trening (mam na myśli akcent), wcześniej zaplanowany, to o dziwo wolę biegać sam. A przynajmniej w 99% przypadków tego typu treningi biegam sam. Z drugiej strony, gdy mogę sobie po prostu pobiegać regeneracyjnie, to bardzo fajnie jest robić to w towarzystwie, a najfajniej w dobrym towarzystwie ;-) Tak więc sam czy nie sam – zależy to głównie od konkretnej sytuacji.

7. Twój największy biegowy sukces?
Mam nadzieję, że taki jeszcze przede mną :-) Jak dotąd za największy sukces uważam 5. miejsce w Halowych Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych w Spale w 2006 r, na 1000 m z czasem 2:35:41. Chciałbym jeszcze kiedyś poprawić ten wynik :-)

8. Twoje biegowe marzenie?
Jest ich cała masa! Chciałbym być Mistrzem Olimpijskim, Mistrzem Świata, Europy czy nawet Polski :-D A z takich bardziej realnych (chociaż wciąż bardzo odległych) marzeń – wynik poniżej 15 minut na 5 kilometrów na pewno dałby mi dużo radości i powodów do dumy.

9. Ulubiony dystans biegowy?
W tym momencie zdecydowanie „piątka”. Na 5 km można się porządnie zmęczyć, porządnie pościgać, a zawody nie zajmują pół dnia :-D Żałuję tylko, że w Polsce jest tak mało szybkich atestowanych biegów na tym dystansie.

10. Czy liczysz kilometry, które przebiegasz?
Szacunkowo – tak. Ale nie mam obsesji, że jeśli zrobię 9,90 km, to biegam kółko wokół bloku, żeby mieć pełną dychę. Magia liczb nie działa na mnie w aż tak wielkim stopniu.

11. Czy czytasz mojego bloga? ;P
Się wie! Czytam, lubię i polecam dalej ;-)

A na dokładkę dorzucam jeszcze jedno pytanie, na które Kuba odpowiedział przy okazji mojego artykułu dla Aktywnie Bardzo:

Dlaczego bierzesz udział w zawodach biegowych?
W zawodach biorę udział głównie ze względu na chęć poprawy swoich wyników. Chociaż jestem amatorem, najważniejszy jest dla mnie cel sportowy. Lubię rywalizować, chcę przekraczać kolejne bariery, bić własne rekordy i widzieć, że trening przynosi oczekiwane skutki. Co mi daje udział w zawodach? Przede wszystkim satysfakcję (jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli), informację, że trzeba coś zmienić, coś poprawić (kiedy nie wszystko idzie po mojej myśli), a także motywację do dalszych treningów i wyznaczania kolejnych celów (bez względu na wynik).

Więcej o Kubie i jego biegowych osiągnięciach na jego blogu: W nogi! czyli rzecz o bieganiu.
Zajrzyjcie, bo warto! 🙂 Na fejsiku też jest obecny 😉